![]() |
![]() |
||||
![]() |
![]() |
||||
![]() |
![]() |
![]() |
|||
![]() |
![]() |
||||
![]() |
![]() |
||||
|
Menu
Strona GlownaKsiega Gosci O Mnie Archives
2009marzec (1) kwiecień (3) maj (1) sierpien (1) Links
My own.O tym, jak to Bolleyn. została oceniającą... brak kategorii (6) miłość (6)opowiadanie (6)twilight (6)wampiry (6)wojna (6) Favourites
Credits
credits: Sxc.hu, Pobrano z: Szablony Inventive Powered by blog.pl ![]() |
wtorek, 11.sierpnia.2009, 10:21
Tak,chyba nawet możecie mnie zabić. Co prawda, sześć ostatnich tygodni spędziłam poza granicami kraju, ale przecież notkę mogłam dodać wcześniej. Cóż jeszcze? Usprawiedliwiam się brakiem weny i ochoty, melancholijnymi nastrojami i różnymi innymi przemyśleniami, o których nie chcecie słyszeć. Ach. Obiecuję się poprawić.!
- Powiem wam, dlaczego. Ponieważ zabójcami są wampiry. Prawdziwe wampiry, nie takie jak w filmach. Żywi Martwi, Zimni Ludzie, Krwiopijcy, Nieśmiertelni, czy jak tam chcecie ich nazywać. Ja jestem Thomas Blake i jednym z nich, do usług. Jeden z członków zespołu zakrztusił się, za wszelką cenę starając się powstrzymać wybuch śmiechu. Część z nich spoglądała to na Toma, to na Evangeline, posyłając sobie nawzajem pobłażliwe półuśmiechy. Była jedyną kobieta w grupie, najmłodszym jej członkiem, dlatego dość często spotykała się z takimi reakcjami na swoje śmiałe teorie, jednak Evans zawsze jej bronił. Popatrzyła na niego z niepokojem – chyba nareszcie reszcie zespołu udało się przekonać go do zastanowienia się nad jej obecnością w owym gronie. - Chcesz powiedzieć... że jesteś wampirem, tak? Pijesz krew, śpisz w trumnie i nie wychodzisz na światło dzienne? – upewnił się i spojrzał na zegarek. Wskazywał dziewiątą dwadzieścia trzy. Tommy uśmiechnął się lekko. - Och, w trumnach nie śpimy już od stuleci, a ponieważ nie urodziłem się wampirem, nie muszę ukrywać się przed światłem. Co do picia krwi... Hm. Jestem tu z powodu mego humanitaryzmu. Piję jedynie zwierzęcą, przez szacunek dla ludzkości – wyjaśnił spokojnie. George, ciemny, żylasty mężczyzna pod ścianą roześmiał się pogardliwie. Inni również nie starali się już kryć rozbawienia. Jack uniósł rękę, w momencie opanowując zespół. Chrząknął cicho. - Panie Blake... - Po prostu Tom. Stwórzmy choć pozory normalności. – Wyjaśnił z lekkim uśmiechem. – Wiem, że nie mamy co marzyć o wzajemnym szacunku i miłości, ale cóż... przecież nie t4rzeba nam nic więcej niż zwykłej symbiozy... Evans wstał, stając między podwładnymi, naprzeciw wampira. - Wybacz mi, ale... Nie chcę, byś źle mnie zrozumiał, jednak ciężko jest... - Tak, wyczuwam wasze emocje. Spodziewałem się czegoś gorszego, choć pogarda dla Evangeline, bijąca od kilkorga z was wyraźnie mnie niepokoi. Chcesz, żebym udowodnił ci, że jestem tym, za kogo się podaję, prawda? – powiedział, po czym w ułamku sekundy zmaterializował się na fotelu Jacka. Kilka osób zachłysnęło się powietrzem, ktoś zaklął. Jack zacisnął nerwowo ręce, mrugając oczami. Ev wiedziała, że teraz rozkłada na części pierwsze ową osobliwą sytuację, zastanawiając się nad wszystkimi znanymi mu sztuczkami na tak szybkie przemieszczanie się. – Ach, kiedyś było prościej. – Przyznał Tom. - Teraz macie tak rozbudowane, zapchane wiedzą mózgi, że nie starcza wam już miejsca na wiarę w podstawowe prawdy. - Jak to zrobiłeś? – zapytał natarczywie George. Na twarzy Toma po raz kolejny zagościł uśmiech. - Cóż. Nie wszystko to, co ludzkość zdołała wymyślić o nas na przestrzeni wieków jest kłamstwem. Rzeczywiście poruszamy się tak szybko, że oko człowieka nawet tego nie rejestruje... Potrzeba wam więcej dowodów? – zapytał uprzejmie. W sali zaległa cisza, kilka osób pokiwała lekko głową, ale chyba tylko po to, by poznać inne możliwości wampira. Nagle Tommy przemieścił się – znów nie potrafiła go dostrzec, póki na moment nie zatrzymał się przy jednym z zebranych, a potem znów pojawił się na swoim miejscu. W ręku trzymał wyjętą z kabury broń. Kilka osób poruszyło się niespokojnie, Evans podniósł rękę na znak spokoju, po czym odezwał się cicho: - Wiesz, że nie musisz... - Proszę cię! – żachnął się Tom, wybuchając śmiechem. – Naprawdę sądzisz, że chcę wam coś zrobić? Gdybym miał ochotę was skrzywdzić, na pewno nie wybrałbym pistoletu! Wstał z fotela i strzelił sobie w dłoń. Evangeline westchnęła i schowała twarz w dłonie, podczas gdy kilka osób wydało z siebie zduszone okrzyki. Arogancja, pewność siebie i całkiem spora doza pogardy. Oto ktoś, kto spędził dziewięćdziesiąt lat w towarzystwie Alexandra Fausta... - Nic mi nie będzie, ale dziękuję za troskę. – Powiedział, rzucając pogiętym od siły uderzenia nabojem w Evansa. Mężczyzna złapał go, dokładnie oglądając uszkodzenia. Tommy uśmiechnął się, czując ogarniający go szok i zachwianie otaczającego go do tej pory poczucia bezpieczeństwa. - Jakim...? – wydusił, podnosząc się z fotela na drżących kolanach. - To nie cud. Nabój uszkodziłby mnie tylko wtedy, gdyby zrobiony był ze srebra. Ale, jak przyznała Ev, wasz zarząd nie pozwala sobie raczej na takie ekstrawagancje. – Wyjaśnił, uśmiechając się promiennie. – Okazuje się zatem, że nie wszystkie legendy, jakimi określano wampiry na przestrzeni wieków to brednie... - Wybaczy pan, że przerywam... – zaczął młody, jasnowłosy mężczyzna, Deryck, do tej pory siedzący w bezruchu. – Ale jak to możliwe, że stanął pan przy mnie, choć mam na szyi srebrny krzyż? Na jakiej zasadzie miałoby działać srebro? Czy jego moc uwydatnia się jedynie przy kontakcie w waszą skórą lub krwią? Tom uśmiechnął się lekko. - Cóż. To, że nie wymyśliliście wszystkiego, nie oznacza, że większość, to prawda. Nie boję się krzyży i wody święconej, ale srebro jest zagadką nierozwiązaną przez naszych naukowców. Tak, mamy własnych naukowców. Niektórzy pracują w waszych instytutach, więc nie powinniście się dziwić. Ale, wracając do tematu, srebro jest dla mnie mniej więcej tym, czym był kryptonit dla Supermana. Twoje srebro nie działa na mnie, bo... hm... nie chcąc cię urazić, nie jest raczej zbyt czyste. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć procent, powiedziałbym na oko... a raczej na skórę, ale tego powiedzenia chyba nie macie jednak w swoim bogatym słowniku zwrotów... Zresztą, nawet czyste, działa na mnie jedynie przez bezpośredni kontakt z moją krwią. Jack powoli zmierzwił ręką włosy. Evangeline pochyliła się w jego stronę, zmartwiona. Dla człowieka, który widział w życiu więcej, niż powinien obecność wampirów była zbyt dużym szokiem. Dusza, która wycierpiała tak wiele, przetrwała tak wiele, nie mogła zaakceptować faktu, że część nierozwiązanych spraw, setki ludzi i marzeń poświęcono, ale nie odkryto prawdy. Poszukiwacz zamarł, gdy udało się mu odnaleźć to, czego szukał. * * * Alexander Faust dumnym krokiem wszedł do sali, w której od kilku godzin nieprzerwanie obradowała Hvåss Archann. Widząc młodego wampira, przemawiający przerwał w pół słowa, nikt jednak nie skomentował jego pojawienia się na całkowicie zamkniętym dla wszystkich spoza Rady Rasy spotkaniu. Ukłonił się lekko przed zebranymi, po czym gestem poprosił ojca o prawo głosu. Christian zastanowił się chwilę, po czym prawie niezauważalnie skinął głową, pozwalając mu mówić. Zasady i ścisła hierarchia, obowiązujące w świecie wampirów wyjątkowo irytowały Alexandra. Cały ten przepych, barokowy blichtr, zdawały mu się być pociągające i odrzucające zarazem. Mimo pozycji, jaką zapewniało mu wysokie urodzenie, spod wspaniałej, lśniącej połyskiem luksusu i wszechmocy otoczki prześwitywała sztuczność i sztywność ram do których musiał się dostosować. On tymczasem skłonny był znieść wszystko oprócz ram. - Wzywałeś, ojcze – powiedział, skłaniając głowę. Radni popatrzyli po sobie, zdziwieni. Stary wampir uśmiechnął się z pobłażaniem, szybko przenosząc wzrok na kolejnych członków Hvåss Archann i uspokajając ich ruchem dłoni. Zaciekawieni, wyprostowali się. - Prawda – stwierdził po chwili. – Widzisz, zajmujemy się teraz sprawą twego tworu... Thomasem Blake’m. Pamiętasz, czyż nie? - Tak, ojcze. - Nie masz mi nic do powiedzenia na jego temat? – zapytał stary Faust. Aleksander opuścił głowę pod naporem woli ojca. A jeśli...? Jeżeli wiedział o tym, że ma kontakt z Tomem? Jeżeli jakimś cudem udało mu się poznać prawdę o jego oddziałach i zinfiltrować je? Czyżby nawet między Strażnikami jego bezpieczeństwo i samodzielność miały zostać zagrożone? - Ja... Nie, ojcze – odpowiedział cicho, podnosząc oczy. Jego spojrzenie przez moment skrzyżowało się ze wzrokiem Christiana – stary wampir na próżno szukał w nich cienia uczucia. Czasami martwił się tym – jakim sposobem ktoś tak egoistyczny ma poprowadzić Rasę do zwycięstwa? - Nie masz z nim kontaktu? - Nie, ojcze. - Nie potrafisz go znaleźć? Synu, musisz mieć świadomość, że Thomas bezpośrednio nam zagraża! Sprzedaje nasze sekrety ludzkim służbom! Nie wątpię, że nie przeszkodzi to nam... - Skoro wam to nie przeszkodzi, to w czym problem? – zapytał, podnosząc głos. Dopiero po chwili opanował się, opuszczając głowę i mamrocząc nieskładne przeprosiny. - Wiesz, jaka jest kara za zdradę Rasy! Przez twarz Alexandra przepłynęła iskra bólu; skrzywił się na wspomnienie, które przesłał mu ojciec. - Przestań! – syknął, wplatając dłonie we włosy, jak gdyby mogło to pomóc w pokonaniu i odsunięciu obrazów, które widział. – Przestań!!! Powoli osunął się na kolana; dysząc ciężko. - Znajdziesz i zabijesz. Rozumiesz? – wycedził stary wampir, wstając i zatrzymując się nad synem. - To nie jest... aach! – jęknął znowu, kiedy kolejne z myśli ojca przelały się do jego umysłu. – Przestań! Przestań, dobrze! – krzyknął. Podniósł umęczony, pełen nienawiści wzrok i wbił go w twarze zebranych. Byle dalej od stojącej nad nim, obranej w długą szatę postaci. - Co powiedziałeś? – zapytał Christian Faust nadspodziewanie przyjemnym głosem. Alexander spojrzał na niego wściekłym wzrokiem, podnosząc się z podłogi. - Jak sobie życzysz ojcze... – mruknął, skłaniając głowę. * * * - Nie podziękujesz mi? – zapytał, idąc obok niej ponurą, uśpioną ulicą przedmieść Waszyngtonu. Nieprzenikniony wyraz twarzy nie wróżył dobrze – najwyraźniej się czymś martwił lub chciał zataić przed nią jakiś fakt. - Za przedstawienie, które odstawiłeś na początku, czy na końcu rozmowy? Tak tak, właśnie szykuję się do owacji... – odrzuciła wściekle, wbijając ręce w kieszenie. Wiatr dął niemiłosiernie, niosąc ze sobą mokre, lepkie płatki śniegu. Nienawidziła takiej pogody. Jej żywiołem było słońce, ciepłe wody lazurowego morza. Teraz, patrząc przez ciemną płachtę na zarysy domów i drzew, czuła się jeszcze bardziej zagubiona. - Wiesz, że inaczej by mi nie uwierzyli. Zresztą, i tak zgodzili się spełnić jedynie jedno z moich trzech wygórowanych żądań. Czy to naprawdę takie dziwne, że ktoś chce ich przeszkolić, by uratować im życie? – poskarżył się, krzywiąc tak, jak gdyby naprawdę czyniłoby mu to różnicę. Tak, rzeczywiście, Evans zgodził się zapytać szefostwa o srebrne kule, jednak kobieta była zbyt zmęczona, by się tym ucieszyć. - Zresztą, i tak nie powiedziałem im całej prawdy – dodał. W jej oczach pojawił się błysk ciekawości. - Wiesz, w naszej historii było wiele oznak buntu przeciw... Nagle Tom wyciągnął rękę przed siebie, zatrzymując ją i przykładając jej palec do ust. Popatrzyła na niego z niezrozumieniem, ale on tylko wskazał na niebo, drzewa i powietrze. Dopiero po chwili udało jej się pojąć, o co chodzi. Wiatr zamilkł, podobnie jak wszystkie inne odgłosy nocy. Tommy powoli skinął brodą w kierunku skrzyżowania ulic, skąd zbliżała się do nich dziwna, biała jak mleko mgła. Evangeline zachłysnęła się powietrzem. - Co to? – zapytała drżącym głosem, ale on nie odpowiedział. Stanął przed nią, a jedyne, co zobaczyła, to błysk w ciemniejących z nagła oczach. Wytężyła wzrok, starając się zauważyć to, co tak bardzo zaniepokoiło wampira; mgła miejscami ciemniała, miejscami zaś wciąż pozostawała mlecznobiała. Dopiero po kilku chwilach udało jej się dostrzec, że ciemniejsze plamy to nie walory, ale zarysy zbliżających się postaci. Zbliżały się do nich, powoli i majestatycznie krocząc wzdłuż ulicy. Wstrzymała powietrze. Już wiedziała, dlaczego Tom reagował w ten sposób. Kilkanaście metrów przed nimi, w nonszalanckim rozkroku i z pogardliwym uśmiechem na ustach, stały trzy postaci. Jedna z nich, ciemnoskóra kobieta, uniosła delikatnie podbródek i spojrzała ciekawie na Skuloną za plecami Thomasa Evangeline. Wampir wyprostował się instynktownie; jego twarz stężała. - Aone. – Powiedział cicho, lekko skłaniając głowę. Evangeline wzdrygnęła się. Słyszała o niej w opowieściach Toma, jednak dopiero teraz, kiedy w jego głosie zadźwięczał szacunek dla jej imienia, naprawdę się przeraziła. Opuszczając głowę, zastanowiła się, czym właściwie jest wobec takiej potęgi, piękna i siły, wobec tego, co nie może zostać zwyciężone. Jaką przeszkodą może być jakikolwiek człowiek, kiedy na własnej skórze odczuwa ten paraliżujący, odbierający resztki pewności siebie lęk przed istotami bardziej idealnymi niż wszystko, co do tej pory zdawało się być doskonałe? Wampirzyca postąpiła krok do przodu, jakby w oczekiwaniu na następny ruch dawnego towarzysza; Tom warknął cicho. - Ach tak! – na twarzy ciemnoskórej pojawiło się zdziwienie, jak gdyby dopiero teraz przypomniała sobie o jej obecności. Roześmiała się; lekki, dźwięczny odgłos przetoczył się przez ciemność ulicy. – Chyba nie myślisz, że ją skrzywdzę... – zapewniła go. - Ostatnim razem również mnie o tym zapewniałaś, po czym... Jej twarz znów ozdobiła radość. Evangeline wyprostowała się, oczarowana jej pięknem, kiedy przeniosła swój wzrok na jej postać. - „Wierny przyjaciel potężna obroną, kto go znalazł, skarb znalazł”...* - wygłosiła Aone melodyjnym głosem, skłaniając lekko głowę. Uśmiechnęła się po raz kolejny, tym razem jednak oczy zatrzymała na agentce, i nawet, jeżeli starała się odrzucić od siebie to uczucie, pod ogromną dozą pogardy i obrzydzenia, w barwie słów Tommy z niedowierzaniem i zdziwieniem odszukał nikłe ślady życzliwości. - Ty... – zaczął, ale uciszyła go ruchem ręki. - Och, bynajmniej nie przyszłam... – przerwała, szukając odpowiedniego słowa na określenie małych domków na przedmieściu – typowego, ludzkiego, bezpiecznego osiedla. - ...do tego... miejsca, by wdawać się w czcze pogawędki z miłośnikiem człowieczego istnienia. On cię oczekuje... Nabożeństwo, z jakim wypowiedziała ostatnie zdanie, przywołało nieprzyjemne wspomnienia. Wciąż nie mógł pogodzić się z czcią, jaką zwolennicy Alexandra otaczali jego osobę. Był dla nich nie tylko ojcem – był bóstwem, nieosiągalną doskonałością, połączeniem wszystkich cech prawdziwego wampira – siły, piękna, przenikającego wszystko dookoła zła, zapachu niesionego bólu i cierpienia, słodkawej woni śmierci. Z dumą godną króla obnosił się swoim pochodzeniem i wynikającymi z tego przywilejami. Pamiętał, jak sam, zafascynowany idealnością istnienia Fausta, znosił upokorzenia i rozkazy bez mrugnięcia okiem. Wciąż miał w głowie obrazy składanych mu w ofierze niewinnych ludzi. Tak. Był bóstwem dla tych, którzy pragnęli osiągnąć to, co niemożliwe, ponieważ swoją obecnością potwierdzał, że żadna potęga nie jest w stanie zagrozić wampirowi. Bogiem Potępionych, bo któż inny wysłuchałby modlitw bezdusznych, wiecznych morderców? Bogiem serc, które przestały bić. żył, w których od dawna płynęła krew zabitych ludzi. Z ociąganiem spojrzał pełnym obawy i dziwnej czułości wzrokiem na stojącą za jego plecami Evangeline, po czym westchnął cicho. - Nie teraz... Aone odrzuciła włosy z twarzy. Pokręciła głową. Białe zęby błysnęły w świetle latarni, kiedy rozchyliła usta. Kojarzyło jej się to z rozkosznym uniesieniem w rękach kochanka. Zafascynowana gracją i lekkością ruchów wampirzycy, uśmiechnęła się nieświadomie. Do rzeczywistości przywrócił ją cichy syk jednego z tych, którzy stali za plecami ciemnoskórej piękności. Tom nastroszył się, zaniepokojony, ta jednak jedynie podniosła rękę, uciszając swego towarzysza. - Nie możesz denerwować się na Roberta, dobrze o tym wiesz. – Rzekła, unosząc brwi. – Nie masz prawa, by decydować o tym, kiedy Alexander Faust wzywa cię do siebie. I nie masz możliwości odmowy. - Nie jestem już Strażnikiem! – odpowiedział, coraz bardziej zdenerwowany. Palce Aone rozszczepiły się i wyprostowały. Evangeline wstrzymała oddech, przygotowując się na atak. - Wciąż pozostajesz jednak wampirem, Thomasie. – Zauważyła chłodno. - Wolnym duchem o wolnej woli. - Nie każ więc nam niewolić twego ducha... Teraz nie miał już wątpliwości, że uroczą, uspokajającą melodią jej głosu wstrząsnęła niedostrzegalna prawie groźba. Słodycz i ukojenie przybrały nagle barwę dojrzałego czerwonego wina – kolor lekkiego poirytowania. Wiedział, że, podobnie jak wszyscy Gwardziści, nie znosiła sprzeciwu. Rozłożył ręce w geście poddania się. Nie mógł ryzykować otwartego starcia, nie znając możliwości towarzyszy wampirzycy. Nie mógł ryzykować życia swojej, przecież tak delikatnej, ludzkiej przyjaciółki. - Pójdę, kiedy tylko ona znajdzie się bezpieczna w swoim domu. – Mruknął zrezygnowany, wskazując podbródkiem na Evangeline. - Pójdziesz teraz – odrzekła Aone. – Albo ją tu zostawisz, albo weźmiesz ze sobą, co, z całym szacunkiem dla jej osoby, wydaje mi się niezbyt rozsądnym wyjściem. To jednak decyzja należąca tylko i wyłącznie do twego obdarzonego wolną wolą ducha... Evangeline delikatnie dotknęła dłonią ramienia przyjaciela. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, nie potrafiła mu jednak przypisać konkretnego powodu. Strach? Nie. Kiedy była przerażona, lęk obezwładniał ją, nie pozwalając na odnalezienie w umyśle choćby najprostszej myśli. Odbierał głos i czucie w ciele. Zimno? Przecież nie odczuwała chłodu... - Tom? – zaczęła ostrożnie. Odwrócił się, spoglądając na nią zmienionym wzrokiem. Było w nim tyle niepewności, tyle zmęczenia... Już nie widziała w nim tej namiastki nadziei, którą wyczuwała w każdym jego słowie, w każdym uśmiechu. Na jego twarzy malowała się jedynie smutna świadomość przegranej, myśl, że nie zdoła uciec. Że nie da rady zapewnić bezpieczeństwa nawet sobie, a co dopiero stworzeniu tak kruchemu i słabemu jak ona...? - Tom, chcę iść z tobą... Proszę, zabierz mnie ze sobą! – powiedziała. Przeklinała siebie za rozpaczliwą nutę w swym głosie, za źle odczytane przez niego drżenie. Popatrzył na nią znów, tym razem jednak pokręcił głową. - Nie możesz. Aone roześmiała się pogardliwie, na twarzach jej towarzyszy również pojawił się grymas rozbawienia pomieszanego z pewną dozą obrzydzenia. - Jeżeli tylko sobie życzysz, Robert odprowadzi ją do domu. Obiecuję, że zbytnio jej nie uszkodzi, choć... - Nie! – z ust Thomasa uleciało niskie, gardłowe warknięcie. - Więc chodź. Teraz. A ją zostaw tu. Evangeline spojrzała smutno na wampira i pokiwała głową. - Idź… Poradzę sobie... – mruknęła, krzyżując ręce. - Wiesz, że oni... - Idź. Nikt mnie nie skrzywdzi. – Przerwała mu szybko. Aone westchnęła ze znużeniem. Zawahał się chwilę, po czym skinął potakująco. - Pojawię się, kiedy tylko stamtąd wyjdę. Sprawdzę, czy wszystko w porządku... – dodał, patrząc ostrzegająco na wampirzycę, która jedynie wzruszyła ramionami. – Do zobaczenia – zdążył powiedzieć jeszcze, zanim nie odszedł z pozostałą trójką i nie zniknął w mgle. Ukryła twarz w dłoniach. Powiedział „kiedy”, nie „jeśli”. Kiedy. Po bladym, zmęczonym policzku spłynęła pojedyncza łza. Spadła na ziemię, zanim podniosła głowę, otarła twarz i pewnym siebie krokiem ruszyła w stronę domu. *Mądrość Syracha 6, 14 Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (6), Dodaj
8/9 listopada 2034r. " Jestem Thomas Blake..." środa, 6.maja.2009, 17:52Udało się. Po egzaminach,odstresowana, wracam z nowym rozdziałem. Czy jest dobry, cóż, nie do mnie należy ta ocena.
Uderzył w drzwi tak mocno, że wgniótł obijającą je stal. Raz, drugi, trzeci. Dopiero po chwili usłyszał ciche przekleństwa i kroki na schodach. Automatyczny zamek odsunął się po wbiciu czternastocyfrowego kodu i ujrzał ją, zaspaną, półprzytomną, w starym t-shircie z logo Akademii i spodniach od dresu. Jedną ręką próbowała ułożyć roztrzepane podczas snu włosy, drugą opierała na klamce. Jej usta rozwarły się w potężnym ziewnięciu. - Co ty tu... – zaczęła, przecierając oczy – robisz? Dziś miało cię nie być... - Byłem w Life’s End. – Powiedział, a widząc na twarzy dziewczyny wyraz niezrozumienia, dodał: - Rozmawiałem z Alexandrem, Evangeline... Jej oczy otworzyły się szerzej, kiedy gwałtownie zacisnęła palce na klamce. - Jak to? – zapytała, gestem zapraszając go do środka. - Normalnie. Znalazł mnie. Jego strażniczka przyszła do mnie więc... - Czemu tam poszedłeś? – przerwała mu szybko. – Czemu mi nie powiedziałeś, nie zabrałeś ze sobą?! - Przecież wiesz, dlaczego. To nie było miejsce dla ciebie. Ale teraz nie przerywaj mi więcej – rzucił, wskazując jej kanapę. – Mamy cztery dni, bym opowiedział ci o wszystkim. Przekazał najpotrzebniejsze informacje. Usiadła, ale zaraz potem wychyliła się do niego z odurzeniem. - Co? Przecież mówiłeś, że w najgorszym wypadku... - Pomyliłem się. Milczenie, które zapadło między nimi, zdawało się przeciągać się w nieskończoność. Tom opuścił głowę, po czym pokręcił nią, dając upust swojemu rozżaleniu. - Tak bardzo cię przepraszam, Evangeline... Tak bardzo mi przykro, że naraziłem cię na takie niebezpieczeństwo... Gdybym wiedział, że to już, że decyzja zapadnie tak szybko, zapewne w ogóle bym cię nie angażował. Uśmiechnęła się lekko. - Nie wiedziałam, że wampiry potrafią panikować. - Przedstawiam ci fakty, a ty... - Co do faktów, są ważniejsze informacje, które powinieneś mi powiedzieć. Cztery noce. Alexander Faust i jego straż. Hierarchia w świecie wampirów. Mobilność i liczebność, jak również możliwości. I wreszcie, jak to zabić... – powiedziała. Jej twarz stężała – nie wyrażała teraz niczego poza zaciętością i hardością. Dłonie, zaciśnięte w pięści ułożyła na kolanach. Tom pokręcił głową z niedowierzaniem. A więc jednak wybrał odpowiednią osobę. - No, dalej – zachęciła go. – Chyba nie zerwałeś mnie z łóżka po to, bym mogła patrzeć, jak się umartwiasz. Jutro pójdę do Jacka Evansa i spróbuję przekonać go do tego pomysłu. Wzruszył ramionami, patrząc, jak podchodzi do barku i nalewa sobie z kryształowej karafki złotawego napoju. Zamiłowanie do whisky było jedynym śladem bogatego pochodzenia. - Alexander Faust urodził się na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku, jako jeden z niewielu potomków dzisiejszych Radców. Współcześni członkowie Hvass Archann bardzo boją się utraty władzy, tymczasem decydując się na dziecko, świadomie zrzekają się nieśmiertelności. Oczywiście, nie umierają od razu, od tej chwili jednak zaczynają się starzeć, by po około sześciu, siedmiu wiekach odejść z tego świata. Mówi o sobie, że w jego żyłach płynie angielska krew, ponieważ miejscem jego narodzin był dwór królewski Wielkiej Brytanii. Okres dorastania u wampirów trwa około dziesięciu, jedenastu lat. Alexander, jako przedstawiciel Pierwszej Krwi, wcześnie zaczął objawiać swoje wyjątkowe zdolności. Przedmioty, które chciał mieć, same wpadały mu do rąk, ludzkie istoty same wchodziły do jego domu, a tym, których nie chciał słuchać, jakby głos nagle uwiązł w gardle. Jest telekinetą, jednak nie w typowo ludzkim tego słowa znaczeniu. Jego siła objawia się w szczególny sposób – dzięki niej może w dowolny sposób manipulować nie tylko ciałami, ale również umysłami innych. Potrafi zmusić cię, byś myślała o tym, o czym on chce, abyś myślała! – rzucił wściekle. Dopiero po chwili podjął znowu swą opowieść. - Musisz zrozumieć, jakie to okropne uczucie, kiedy czujesz te potworne myślowe macki w swym umyśle i choć wiesz, że nie są to twoje odczucia, nie możesz wyrzucić ich z głowy! Czasem, to prawda, pokazywał mi kojące drogi, pozwalając odnaleźć mojej duszy spokój. Momentami otwierał horyzonty na wspaniałe wizje, których nie śmiałem przywoływać własnym wysiłkiem... Ale... bywały też chwile... – jego pięści zacisnęły się mimowolnie – Evangeline, widziałem, jak pod wpływem tych obrazów istoty silniejsze ode mnie i od ciebie upadały z jękiem rozpaczy na kolana! Stałem obok, kiedy Faust wymuszał na nich rzeczy, na które nigdy nie zgodziłby się nikt o zdrowych zmysłach, mając nadzieję, że przyniesie im to ulgę w cierpieniach... Jego moc jest może i nadzwyczajna, ale... za żadne skarby w świecie nie chciałbym jej posiadać, gdybym miał wykorzystywać ją w ten sposób... – powiedział, kręcąc głową. Wstał z fotela i podszedł do okna, patrząc, jak pierwsze płatki czystego śniegu przesłaniają zieleń traw, sprawiając, że świat na ułamek sekundy stawał się lepszy. Zamknął przepełnione smutkiem oczy, pozwalając powiekom przesłonić obecną w nich tęsknotę, żal, którego w żaden sposób nie dało się unicestwić ani zapomnieć. Kiedy widziała go takim, jak teraz – smutnym, dziwnie zgarbionym i zagubionym, nachodziła ją ochota, by podejść do niego i objąć go choć na moment swymi ciepłymi, ludzkimi ramionami, nie miała jednak pojęcia, jak mógłby zareagować na taki gest – czyn typowo człowieczy, pełen ludzkiego współczucia i empatii, nie tyle matczyny co przyjacielski. - Dziesięć lat później był już na tyle niezależny od rodziny, że, zafascynowany siłami drzemiącymi w wampirzych myślach, postanowił sobie, że zbierze własną, niepodległą jego ojcu straż. Bardzo ostrożnie dobierał każdego gwardzistę. I tak dołączyła do niego Aone – niezwykła, czarnoskóra wampirzyca, której wiatr przynosił informacje o obecnych wydarzeniach, Vincent i Ignatius – potrafiący roztaczać osłonę nad swymi towarzyszami, oraz wielu, wielu innych – wszyscy nietypowo silni i okiełznani siłą Alexandra. Byłem jednym z nich. Dziesiątym z jego towarzyszy, jedynym, który się wyłamał i odszedł. Większości wampirów jest u niego dobrze. Zawsze mają pod dostatkiem świeżej krwi, żyją w luksusach, na jakie nie mogliby sobie pozwolić, gdyby ich odrzucił. Czują się panami świata, choć tak naprawdę są jedynie pionkami, a Alexander nie przykłada większej uwagi do tego, co się z nimi dzieje. Teraz, jest ich trzynastu plus minus dziesięciu adeptów, którzy przygotowują się do zajęcia swego miejsca przy jego boku. Westchnął cicho. - Gdybyś kiedykolwiek miała okazję z nim porozmawiać, stwierdziłabyś zapewne, że jest najbardziej nieprzyjemną i sarkastyczną istotą, jaką udało ci się poznać. Ale... Nie zrozum mnie źle, w żaden sposób nie staram się go usprawiedliwić, jednak jego zachowanie to tylko pozory... – przerwał na chwilę, wyraźnie zastanawiając się, jak najłatwiej mu będzie przedstawić to, co chciał jej przekazać. Oparł się o skórzane obicie kanapy, wyraźnie chcąc uniknąć jakiegoś tematu, ale zaraz potem z rozczarowaniem uniósł dłonie w geście poddania. - Kiedy... Gdy Alexander zabrał mnie do swego domu po ty, jak... mnie ugryzł, zostawiał mnie samemu sobie na całe noce. Kiedy jednak nastawały dni, a jego znajomi znikali... Mówił do mnie. Całymi godzinami potrafił przesiadywać przede mną, opowiadając mi o swoim życiu. Podczas, gdy ja wiłem się w cierpieniach na podłodze, modląc się o śmierć, on ze skrzyżowanymi nogami i rękami opartymi za plecami opowiadał mi o tym, o czym przedtem nie wiedział nikt. Nie robił tego po to, by uczynić mnie swym przyjacielem i ulżyć mi w bólach. On... Alexander, został wychowany przez ojca, którego interesowały jedynie sprawy rasy. Nie znał matki – choć to rzadkie wśród wampirów, umarła przy porodzie. Christian pragnął mieć przynajmniej dwoje dzieci, co z pewnością zapewniłoby mu przetrwanie. Był wściekły na syna, że zabił Alexis. Mimo, iż w swoim świecie jest kimś w rodzaju królewicza, nigdy nie czuł się kochany, potrzebny... Był wyrzutkiem z powodu losu, który zgotował mu ktoś inny. Jak nikt potrzebował powiernika. Wybrał mnie, bo... - odwrócił głowę i spojrzał w sufit, wyrażając swoje zniecierpliwienie. Choć opowiadanie historii Fausta nie sprawiało mu jako takich trudności, wyraźnie miał problemy z zaakceptowaniem własnej roli w życiu stworzyciela. - Widzisz, jako nowonarodzony, nie powinienem pamiętać niczego sprzed przemiany, nie wspominając już o samym momencie przejścia. Podejrzewam, że to nawet nie mój talent sprawił, że chciał zatrzymać mnie przy sobie. Wiedziałem zbyt wiele o tym, co go boli, znałem każdy słaby punkt! Mówił mi o tym, jak bardzo chciałby odczuć dumę ojca. Jak bardzo pragnął jego akceptacji. Jak bardzo nienawidził tego, kim musiał być. Oczywiście nie mówię o jego wampirzej naturze, to akurat mu się podobało. Nigdy nie żałował żadnego z odebranych żyć. Nie chodzi mi również o Pierwszą Krew, bo to również było powodem do dumy. Nienawidził jednak swojej natury samotnika i pociągu do zwykłego szczęścia. Tego, że jednak zdarzało mu się miewać uczucia. Odrzucił je więc, na potrzeby ironicznej postawy, będącej wyrazem wysokiego urodzenia i pogardy dla otoczenia. I takim został aż po dziś dzień... – zakończył, swoją opowieść Tom. Cisza, która zapadła pomiędzy nimi, zdawała się przeciągać w nieskończoność. Evangeline poruszyła się niespokojnie w zagłębieniu kanapy. - Co to znaczy, że czasami zdarzało mu się mieć uczucia? Mówiłeś, że... - Czy to tylko twoja natura, czy twoje zainteresowanie jego osobą naprawdę staje się lekko niepokojące? – przerwał jej z lekkim uśmiechem. Nie odpowiedziała, odwracając wzrok. Na jej policzki wpełzł rumieniec zawstydzenia. Może rze4czywiście zbyt bardzo angażuje się w sfery uczuciowe, chcąc być czytelniczką pięknego romansu, zamiast żołnierzem w bezlitosnej, nierównej wojnie? - Och, nie rumień się tak – rzucił po chwili Thomas, wracając do pozycji siedzącej. – Mnie też czasami zdarza się zażartować, mimo mojej natury cierpiętnika... – dodał. Nagrodziła jego starania wyprostowania lekko niezręcznej sytuacji uśmiechem pełnym wdzięczności, przy okazji zastanawiając się, ile jeszcze nocy z rzędu będzie w stanie zarwać, by być w miarę zdatną do użytku. Nienajłatwiejsze dni, pełne pracy nad sprawą z pozoru nie do rozwiązania, poirytowanie szefa i ciągły bieg, badanie sytuacji w Agencji, sprawdzanie, czy będą skłonni uwierzyć w ich historię wcale nie upraszczały jej życia. - Tylko raz Alexander poznał smak miłości. Jeden, jedyny raz dowiedział się, co to znaczy zmieniać się dla kogoś. Ona miała niezwykły talent – czytała w myślach. Była piękna, mądra i dobra, choć nie pochodziła z żadnego z wielkich wampirzych rodów. Na imię było jej Gaienne... Tak pięknie o niej mówił. Opisywał wszystko, z właściwą sobie pasją i widoczną już na pierwszy rzut oka miłością. Ale cechy, które w oczach jednych będą podziwiane, w mniemaniu innych stają się problemem. – Jego twarz przybrała nagle zaciętości. Nie mogła pojąc wszystkich emocji, jakie targały Thomasem podczas opowieści. Ból. Złość. Smutek. Czułość, a teraz ta dziwna empatia. Nie potrafiła zrozumieć, jak jedna osoba, tak niewielkie i proste stworzenie może mieścić w sobie tyle uczuć względem drugiej istoty. Nagle uświadomiła sobie, dlaczego tak jest. Tom, mimo całego zła, jakim naznaczona była jego ścieżka u boku Alexandra, całym sercem kochał swego stwórcę. Był dla niego nie tylko ojcem – był też bratem i dzieckiem, katem, ale również wybawicielem. I choć tak bardzo starał się go znienawidzić, nie potrafił pozbyć się dziwnego poczucia obowiązku, potrzeby zachowania w sobie miłości dla tego, który przez brak owej miłości stał się potworem. - Christian Faust bardzo źle przyjął wiadomość o wybrance syna – nie tylko w żaden sposób nie pasowała do standardów prezentowanych przez dwór, nie tylko była bezpłodna, ale również dziwnie nieugięta w swoich poglądach. Nie dotykała ludzkiej krwi. Nie korzystała ze swych mocy, jeżeli nie było takiej potrzeby. Chciała zachować w sobie jak najwięcej tego, co kiedyś nazwałaby człowieczeństwem. Na jednym z balów kazano jej zabić istotę ludzką – to dość częsty proceder na tego typu przyjęciach, żywe przekąski są zazwyczaj smaczniejsze – ale ona odmówiła. Podejrzewam, że wiesz, co stało się potem... – mruknął, patrząc na zegar. - Och, już dnieje... – zauważył ponuro. - Opowiedz mi o tym, co było dalej... – poprosiła cicho, odstawiając pusty kubek na ławę. - Czy to nie jasne? Kiedy na twarzach zebranych pojawiły się kpiące uśmiechy, a tłum zaczął szeptać o barbarzyńcach, Alexander, bojąc się reakcji ojca, nie zareagował. Gdy Christian wygłosił imponującą tyradę na temat konsekwencji wyłamania się od zasady picia krwi ludzi, Gaienne odrzekła, że barbarzyństwem nie są jej poglądy, ale samo odbieranie życia niewinnym. Zebrani domagali się zabicia tej, która nie dostosowuje się do zasad rasy i obraża jej przywódcę, a dla niego był to jedynie wygodny argument na usprawiedliwienie tego czynu. Wyrok wykonano następnej nocy, mimo protestów Alexandra starszy Faust nie zmienił zdania. Powiedział synowi, że ratuje tylko dobre imię rodu, i ją unicestwił. – Zakończył. – A teraz zbieraj się. Musimy już iść... Poruszyła się, podnosząc brew. - Dokąd? - Jak to, „dokąd”? Do gmachu Agencji, czy to nie oczywiste? – uśmiechnęła się promiennie, słysząc te od tak dawna wyczekiwane słowa. - Wydaje mi się, że mam po pogadania z twoim szefem... * * * - Jack?! – krzyknęła, dostrzegając sylwetkę dowódcy znikającą w drzwiach windy. – Jack, zaczekaj! Ujrzała ciemną głowę, wychylającą się ciekawie z pomieszczenia. Rzuciły jej się w oczy ciemne, potężne sińce pod jego oczami i lekko przygarbiona sylwetka. Odruchowo złapała Toma za rękę, truchtem biegnąc w stronę szefa. Poczuła dreszcz, jaki wstrząsnął jego ciałem, kiedy dotknęła jego zimnej skóry rozgrzaną dłonią. - Jack, mam ci coś do powiedzenia. Właściwie to... my mamy ci coś do powiedzenia. – Poprawiła się szybko, nerwowo spoglądając na towarzysza, nic jednak nie wskazywało na to, by zmienił zdanie. - Dobrze – rzuciła Evans z roztargnieniem. – Przejdźmy do sali konferencyjnej, już za nas czekają, a wtedy... - Zależy nam na w miarę tajnej rozmowie – przerwał mu Thomas stanowczym głosem, zanim Evangeline zdążyła cokolwiek powiedzieć. Jack spojrzał na niego z mieszaniną zaskoczenia i irytacji. Nie był przyzwyczajony do takiego podejścia ze strony niezaangażowanych rozmówców. Zwykle to on przybierał raczej postawę ze skierowaniem na atak, co pozwalało mu odnaleźć się w świecie pełnym wszelkich rodzajów zła. - Cóż, zapewniam, że nie wyjdzie to poza nasze grono... Tom spojrzał na dziewczynę z lekkim rozeźleniem. Uświadomiła sobie, że od początku wiedział, iż Evans nie zgodzi się na rozmowę w cztery oczy i to dlatego tak długo z nią zwlekał. Od początku miał przed oczami wizję siebie przed jedenastoma członkami zespołu, mówiącego o rzeczach tak nieprawdopodobnych, że momentami głupich, jak powiedziałby człowiek w swym rozumowaniu. - Dobrze. – Odrzekł z tym samym, pewnym siebie tonem. Po chwili wkroczyli do sali konferencyjnej, pełnej plastikowych kubeczków walających się po wyłożonej cienkim dywanem podłodze i tablic, zapisanych skrupulatnymi notatkami na temat każdego ze stu jedenastu morderstw. Powitał ich cichy pomruk innych, zaskoczonych obecnością nowej osoby, która, zanim Evangeline zdążyła zareagować, weszła powolnym, nonszalanckim krokiem na podest i odwrócił się twarzą do zebranych. Dziewczyna jęknęła cicho, wiedząc już, jakiego przedstawienia będzie świadkiem. - Chcecie wiedzieć, czemu nie możecie znaleźć śladu zabójców wszystkich tych ofiar? – zapytał, wodząc wzrokiem po twarzach agentów. Milczeli. Evans usiadł za swym skórzanym fotelu, również wbijając wzrok w nieznajomego przybysza. - Powiem wam, dlaczego. Ponieważ zabójcami są wampiry. Prawdziwe wampiry, nie takie jak w filmach. Żywi Martwi, Zimni Ludzie, Krwiopijcy, Nieśmiertelni, czy jak tam chcecie ich nazywać. Ja jestem Thomas Blake i jestem jednym z nich. * * * Księga się uśmiecha do tych, którzy pragną być informowani. Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
8 listopada 2034r. "Life's End" poniedziałek, 20.kwietnia.2009, 19:34Kolejna część. Postaram się odpowiedzieć na wszystkie zamieszczone pod nią komentarze, ale nic nie gwarantuję. Testy mnie męczą.
Stanął przed wrotami zajazdu, po raz kolejny głośno wydychając powietrze. Sam nie wiedział, czy boi się tego spotkania. Czuł, że sytuacja obezwładnia go, pozbawiając możliwości realistycznego myślenia. Ukrył twarz w dłoniach, rzucając ponure spojrzenie w stronę monumentalnego budynku, do którego zaraz miał wejść. Nie zmienił się zbytnio, odkąd opuścił go ponad cztery dekady temu – wyglądał może odrobinę mroczniej i bardziej nieprzyjaźnie, co zapewne było zasługą nieprzerwanie płynącego czasu. Dwie młode dziewczyny, niewątpliwie ludzkiego pochodzenia minęły go i, zanosząc się głośnym śmiechem, weszły do środka. A więc jednak nadal odbywały się tu schadzki. Jak mógł pomyśleć, że Alexander zaprzestanie takiego procederu? Przecież uwielbiał sprawdzać, na ile się kontroluje. Westchnął, przekraczając próg „Life’s End”. Nazywając tak to miejsce, Faust wykazał się niebywałym poczuciem humoru. Ironia była od starannie wypolerowanych, złotych liter, choć zapewne nikt z ludzi jej nie zauważał. Ilu z nich straciło tu życie? Tom zastanawiał się, czy lepiej jest liczyć w setkach, czy w tysiącach. Zajazd otworzono pierwotnie w Londynie u zarania siedemnastego wieku, w czasach, kiedy jeszcze uważano wampiry za realne zagrożenie życia człowieka. Mimo to, piękne twarze przebywających tam osobistości skutecznie przyciągały klientelę. Po dwóch stuleciach, wraz z wyjazdem Alexandra i jego świty do Stanów, otworzono też jego drugą siedzibę, właśnie w Waszyngtonie. W chwili obecnej w każdym kraju wampiry mogły poszczycić się takim miejscem. Nie musiał długo szukać swego stworzyciela – inni, uśmiechając się zdawkowo, jak gdyby dobrze go znali, szybko schodzili mu z drogi, pokazując, w którą stronę powinien zmierzać. Wkrótce potem dotarł do ogromnych, bogato zdobionych drzwi. Stanął przed nimi, usiłując zebrać myśli. Tak, jak podejrzewał, otworzyły się chwilę potem. Stanęła w nich młoda wampirzyca. - Wejdź – powiedziała cicho, po czym dodała, prawie z nabożeństwem – On już cię oczekuje. Nie wiedząc, co może odpowiedzieć, postanowił milczeć, przyglądając się ciekawie swej przewodniczce. Nie znał jej, musiała zostać stworzona lub przygarnięta przez Fausta podczas jego nieobecności. - Wiem, o czym myślisz. Na imię mi Raine. Do pewnego stopnia panuję nad wodą. Częściowo, podkreślam to, ponieważ nie miałam jeszcze dosyć czasu, by dopracować tę umiejętność. Alexander mówi jednak, że jeśli będę nad nią pracować, uspokojenie lub wywołanie sztormu nie będzie problemem... – uśmiechnęła się uroczo. Widać było, że nie została stworzona dawno temu – brak jej było charakteryzującej wampirzyce gracji i dumy, bijącej od nich na każdym kroku, oraz pogardy i powściągliwości, tak bardzo cenionych w straży Fausta. - Nie martw się – mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Nie jest wściekły. Nie jest nawet zirytowany. Określiłabym go bardziej jako zadowolonego i rozbawionego. Nie powiedział jej, że to wyczuwa. Że przez prawie wiek nauczył się odróżniać barwę emocjonalności Alexandra od innych kolorytów. Uczucia wampira były dużo czystsze i bardziej wyraziste. W myślach często docierało do niego dziwne porównanie – jak węgiel i diament. Inni, z zamazanymi i bardzo prostymi do odczytania emocjami, mało skomplikowaną, jednotorową uczuciowością byli jak węgiel. Faust, o umyśle złożonym z setek myśli i odczuć w jednym momencie, był zagadką, pełną wyrafinowanego piękna. Diament. Zatrzymała się przed wejściem do sali, którą zidentyfikował jako jadalnię. - Nie pójdę z tobą dalej. Podejrzewam, że i tak wystarczy wam towarzystwa. - Jakieś podpowiedzi? – zapytał. - Nie mogę powiedzieć ci nic więcej. Zresztą, powinieneś znać każdego z tam obecnych. Są dużo mniej przyjaźnie nastawieni, niż sam Alexander. – Dodała, odchodząc. Westchnął, przekraczając próg. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy był iście rzymski wystrój sali. Drapowane materiały na ścianach z luster, w których odbijały się jedynie dwie obecne w pokoju śmiertelniczki. Wśród niskich ław i sof ujrzał nagle Alexandra – leżał na jednej z nich, otoczony przez cztery nieznane Thomasowi wampirzyce i te dwie, które ujrzał po drugiej stronie zwierciadeł. - Thomas. – Powiedział, uśmiechając się zawadiacko. Palce wplótł między włosy jednej ze śmiertelniczek. – Tyle czasu minęło, odkąd widziałem cię po raz ostatni, przyjacielu. - Ciężko nazywać przyjacielem kogoś, kto zniknął z twego życia by już więcej nie wrócić – odpowiedział Tom, zaciskając pięści. - Ale przecież wróciłeś. Stoisz przede mną z tą samą hardością w sercu i na twarzy, która wykrzywiała ci oblicze czterdzieści trzy lata temu, gdy zdecydowałeś się opuścić swych towarzyszy... Faust pogłaskał dziewczynę po policzku, po czym nagle szarpnął jej głową, odciągając ją do tyłu. Jęknęła cicho, coraz bardziej przerażona. Czuł, że była tu już nie raz, ale tylko dziś dopuszczono ją do właściciela zajazdu. Podświadomie wiedziała, że to ostatni dzień jej życia, choć widocznie starała się nie dopuszczać do siebie tej myśli. - Czy nie zechciałbyś posilić się, nim opowiesz mi o tym, co działo się s tobą przez te lata? – zapytał. Nosem wodził po skórze na szyi kobiety – drżała za każdym razem, kiedy dotykał jej językiem. - Aone dała mi do zrozumienia, że wiedziałeś o wszystkich moich poczynaniach... – wycedził Thomas sucho. Mimo, że oblicza stojących za nim wampirów pozostawały nie do odczytania, na ich myśli widział dokładnie wyryte słowo: pogarda. Alexander uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Och, to prawda, przyznasz jednak, że zawsze historia wydaje się być ciekawszą, kiedy opowiada ją ten, kto widział, słyszał i odczuwał wszystko, o czym będzie mówił. Ale rozumiem. Nie jesteś chętny, by spróbować jej krwi, prawda? Dziewczyna zaszlochała żałośnie. Tommy zacisnął usta. - Uznaję zatem, że nie – powiedział, w ułamku sekundy wbijając zęby w jej szyję. Druga ze śmiertelniczek zdążyła cicho krzyknąć, zanim dopadły ją leżące przy Fauście wampirzyce. Jego stworzyciel spojrzał na niego po chwili, ocierając spływającą po brodze kroplę krwi. - Vincencie? Aone? – zwrócił się do stojącego za nim rzędu strażników. - Czy moglibyście zabrać ciała naszych drogich przyjaciółek? Wskazani bez słowa, z nieludzką szybkością podeszli do swego mistrza i odebrali z jego rąk stygnącą kobietę, po czym zniknęli w jednych z wrót, by powrócić za kilka minut i zająć swoje miejsce pomiędzy innymi. - Wracając do ciebie, mój Tomie – w jego głosie nie dało się słyszeć nic poza rozbawieniem, co lekko irytowało Thomasa. Spodziewał się wszystkiego – złości, pogardy, czegokolwiek, co uzasadniałoby to wezwanie. Chyba nie do końca wziął pod uwagę, że jego rozmówcą nie będzie Christian, ale jego syn. Podejrzewał, że Alexander, podobnie jak robił to prawie pół wieku temu, skutecznie blokował część swoich emocji, co sprawiało, że dostrzegał tylko radość, tę dziwną, namacalną wprost radość. Był z nim tyle lat i wciąż nie potrafił go zrozumieć... - Nie patrz na mnie wzrokiem mordercy, przyjacielu. – Powiedział, przerywając rozmyślania Toma. - Jeżeli ktoś miałby prawo do takiego spojrzenia, z pewnością byłbym to ja. Nie dałem sobie dziś takiego prawa, pozwól więc, że przywitam cię po swojemu. Pokręcił głową, dając upust dręczącej go mieszaninie zdziwienia, poirytowania i obawy. - Przyszedłem tu, by dowiedzieć się, czego właściwie ode mnie chcesz. Czego ode mnie żądasz. – Mruknął, patrząc po twarzach stojących za Faustem. Jak mógł przewidywać, nie wyrażały niczego, jednak cała pogarda, cała wściekłość i obrzydzenie znajdujące się w sali wciąż zdawały się pochodzić od tamtej trzynastki. - Czy to nie oczywiste? Przecież dobrze wiedziałeś, jaki będzie wiodący temat tej rozmowy. Powiedziałbym raczej, że chcesz się dowiedzieć, ilu obecnie przyjaciół jest mi oddanych na tyle, by zaatakować ciebie, Williama, Cecilie i resztę twoich znajomych. Zapewniam cię, wystarczająco dużo, byście nie zdołali się ustrzec. – Rzekł, głaszcząc po głowie jedną z siedzących u jego stóp wampirzyc. – Niewiele zmieniło się od czasu twego odejścia, mój drogi. Gdybyś chciał powrócić w szeregi, jak to nazywasz, mojej straży, czekamy na ciebie z otwartymi ramionami. Zawsze dobrze jest znać emocje swoich wrogów, nieprawdaż? Thomas zmierzył wzrokiem znanych i nieznanych mu strażników. Gdy odchodził, był dziesiąty. Teraz stało przed nim trzynaście wampirów w długich, ciemnych pelerynach. Ignatius, Vincent, Jeanne, Blaise, Aone, Francis, Gabriel, Isadore i Ialith, oraz cztery inne postaci, których nie rozpoznawał. - Ach, tak! Masz rację. niektórych z nich nie dane ci było poznać. Jak widzisz, liczba moich przyjaciół wzrosła. Jest ich teraz trzynastu. Bardzo ładna liczba. - Trzynastu w głównej świcie. Ilu z nich jest za drzwiami? – zapytał z satysfakcją. Niektóre sprawy wydawały się łatwe do przewidzenia. - Masz rację, poznałeś moją Raine. Mogłem się domyślisz, że potraktujesz ją jako jedną z adeptek. Ale to moja straż cię obchodzi. Ci, którym ufam. Odpowiadam więc: trzynaście najwspanialszych talentów, jakie udało mi się znaleźć, jest teraz do mojej dyspozycji. Plus minus ty, oczywiście. - Chyba nie skorzystam z twojej propozycji... – mruknął, krzywiąc się. Czuł ciągle wypływającą z Alexandra radość, o tyle prawdziwą, co żartobliwą i pobłażającą. Czuł, ja, bardzo jest zaciekawiony jego kontaktami z Evangeline. Jak niezdrowo ciekawi go ona sama. Szczerze niepokoił się tą nagłą zmianą stosunku do istot ludzkiej, a przynajmniej do tego jednego, konkretnego człowieka. - Tak podejrzewałem. Oczywiście zaraz wyłapiesz, że nie jestem z tego powodu niezadowolony, ale nie przejmuj się tym. Nie ma rozczarowań, gdy jesteś pesymistą. - Jeśli to już wszystko, to... - Nie. To nie wszystko. – Powiedział Alexander, wstając z sofy. Roześmiał się głośno. – Gdybym chciał jedynie usłyszeć twój głos, zapewne pofatygowałbym się do ciebie sam. Sprawa jest jednak dużo bardziej poważna, ponieważ dotyczy zarówno twojej rasy, jak i tej reprezentowanej przez twoją nową przyjaciółkę. – Spoważniał nagle. – Nie sprowadziłem cię tu z własnej woli. Szczerze powiedziawszy, nie obchodzi mnie to, co robisz, z kim się zadajesz, ani dlaczego to robisz. To ja cię stworzyłem, i może nawet jestem pod wrażeniem twojej postawy, mimo, że uważam ją za lekko... hm, powiedzmy kolokwialnie, idiotyczną. Skrzywił się, próbując ukryć uśmiech. - Jako twój stwórca jestem jednak w pewien sposób odpowiedzialny za twoje poczynania, tak przynajmniej twierdzi mój ojciec... - Ach, więc o to chodzi... Alexander uśmiechnął się lekko. - Zawsze ceniłem tę twoją domyślność. Pomijając fakt, że jako mój towarzysz powinieneś wiedzieć coś o moich zwyczajach i podejściu do pewnych spraw, całkiem nieźle ci poszło. Tommy wyczuwał ironię bijącą z jego głosu. Faust miał rację. Powinien był od razu wpaść na to, że sytuacja jest poważniejsza, niż mógł się tego spodziewać, jeżeli wezwał go do siebie. Uczucia Alexandra zmieniały się i krystalizowały w tempie, do którego nie był przyzwyczajony, mimo to gdzieś w tle zawsze istniało denerwujące Thomasa rozbawienie i pobłażanie. Świadczyło to o głównej cesze jego rodu – pewności siebie i pragnieniu bezgranicznej wolności, którego nie mógł pohamować nawet przywódca Rady Rasy. - Powiedzmy sobie szczerze – zaczął, rozkładając ręce. – Nie wierzę w Księgę. Uważam jej przepowiednie za stek bzdur. Mimo to zaciekawił mnie twój związek z ludzką kobietą. Evangeline. Opowiedz mi o niej. Twarz wampira stężała. - To nie jest twoja sprawa... – rzucił wściekle. W końcowych słowach jego głos powoli przeszedł w syk złości i nienawiści, ale nawet to objawiło się u Fausta jedynie satysfakcją. - Wiesz, że to nie ja dałem słowo, że jej nie tknę. – Powiedział. Tom opuścił głowę, jego oblicze rozjaśniało gorzkim uśmiechem zdradzonego, opuszczonego bohatera skończonej historii. Aone obiecała, że przez obecność w zajeździe ocali Evangeline, ponieważ był to konieczny zabieg. Inaczej nigdy by się na to nie zgodził. Jednak teraz jej słowo okazało się tyko mirażem, podłą sztuczką wielkiego, przebiegłego Fausta. Miał się tu pojawić, by dostarczyć mu niezbędnych informacji, a w razie kłopotów z przekonaniem go do tego pomysłu, kobieta miała stać się kartą przetargową pomiędzy stronami. – Widzisz? Twoja ludzka natura jest tak przewidywalna... Wygrałem – rzucił dobitnie. - Zastosujmy więc mały szantaż, co ty na to? Opowiedz mi o niej, albo sam się do niej wybiorę. Sekunda. - Nie tkniesz jej! – krzyknął. W ułamku sekundy materializując się przy Alexandrze. Chwilę potem poczuł niemoc w mięśniach. Siła wampira znów dała o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. - Przyjacielu... – mruknął, dotykając jego twarzy. – Nie było cię jedynie czterdzieści lat, a już twoja odwaga przerodziła się w zwykłą głupotę... Mów, albo zostawię cię tu, na pastwę moich towarzyszy. Sam zaś wybiorę się do Ev... To odrobinę bardziej czytelna groźba, mam jednak nadzieję, że się na mnie nie obrazisz... Tom zamilkł, zaciskając wargi. Spróbował wyrwać rękę z morderczego uścisku wampira, był to jednak daremny wysiłek. - Dobrze. Zacznijmy inaczej. Co cię do niej przyciągnęło? Dlaczego właśnie ona? Cisza. Alexander pstryknął palcami. W momencie przy jego boku pojawiło się dwoje strażników – niska, ciemnowłosa kobieta i szczupły mężczyzna o budowie pływaka lub lekkoatlety. - Nie przedstawiłem cię moim nowym przyjaciołom? – zapytał, uśmiechając się znowu. – To Claire i Robert. Znalazłem w nich potrzebne mi piękno. Chcesz wiedzieć, jakie, prawda? Claire potrafi zadawać fizyczny ból na odległość. Robert bawi się raczej psychiką. Jeśli sobie życzysz, mogą zająć się twoją znajomą... - Intuicja. – Rzucił cicho Thomas, nie zastanawiając się ani chwili. Pomysł skrzywdzenia Evangeline zbyt mocno na niego działał. Groźba w głosie Alexandra, niewyczuwalna dla przeciętnego człowieka czy wampira, pulsowała każdą wyrażaną emocją. – Ma niesamowitą intuicję. Jej racjonalizm i logika działają w bardzo specyficzny sposób. Wiedziałem, że mi uwierzy. Poza tym, ma możliwość działania. Faust roześmiał się. - A spodziewałem się wyznań na temat niezaspokojonego popędu seksualnego... Co jej powiedziałeś? Tom westchnął ciężko. Tyle lat z dala od stwórcy, a on wciąż trzymał go w garści... - Streściłem jej moja własną historię, mówiłem o hierarchii w naszym świecie. Mówiłem o tym, co nas zabija... - Żadnych zabawnych anegdot? Wybacz mi narcyzm, ale, czy wspominałeś o mnie? O mojej rodzinie? Thomas zacisnął mocniej wargi. - A więc jednak. Były to pierwsze słowa tego wieczoru, które zabrzmiały poważnie w jego ustach. Odwrócił się w zamyśleniu. Tommy poczuł, że uścisk w jego mięśniach stopniowo maleje, by w końcu zniknąć. Upadł – niedowład ciała, który towarzyszył działaniu siły wampira miał ustąpić dopiero po kilku chwilach. Spojrzał na niego – stał plecami do niego, wyraźnie rozważając całą sytuację. Każda minuta była dla Toma wiecznością – czuł się tak, jakby to o jego losie decydował teraz młody Faust. Nie potrafił odczytać nic z jego emocji – wyłączył się, tak, jak wielokrotnie czynił to w przeszłości. Sapnął wściekle, starając się przejść przez barierę nieczułości, jego wysiłek nie przyniósł jednak zamierzonego efektu. Co więcej, wydało mu się, że dawny przyjaciel uodpornił się na jego moc do tego stopnia, że nawet nie zauważał naporu. Wciąż stał w tym samym miejscu, z rękami włożonymi w kieszenie swoich drogich, czarnych spodni. Kilku ze strażników poruszyło się niecierpliwie, jak gdyby również nie mogli znieść przeciągającego się w nieskończoność milczenia. Wiedział, ze musi wracać. By ukryć Evangeline, choćby spróbować uciec sile Aone, lub przynajmniej przygotować się do obrony. Po kilku minutach Alexander uniósł głowę do góry i roześmiał się gorzko. - Chyba będę na siebie zły, że zaproponuję ci coś takiego, wiesz jednak, że czasami moja ciekawość nie zna granic... – powiedział, podchodząc do Toma. – Czy jeśli dam ci wolną rękę, pozwolę ci na dalsze kontakty z tą dziewczyną, jeżeli zobowiążę się do tego, że nie powiem ojcu, będziesz donosił mi o rozwoju sytuacji? Sytuacja rozjaśniła się w momencie. Nie miał pojęcia, jak mógł podejrzewać, że po tylu latach, po tylu wiekach postawa wampira uległa zmianie i że będzie skory pomóc ojcu. Christian Faust był tu jedynie czymś w rodzaju zasłony dymnej. Alexander od początku kierował się jedynie własną ciekawością. Tommy popatrzył na niego, po czym, wiedziony nagłym przypływem nienawiści, krzyknął: - Ty wcale nie chcesz mi pomóc, tylko... Po prostu pragniesz informacji! O ludziach i ich przygotowaniu! Mam być kimś w rodzaju podwójnego agenta, tak?! Śmiech znowu rozniósł się po sali, tym razem uśmiechnęło się też kilku ze strażników. - Przecież nigdy nie powiedziałem, że chcę ci pomóc! Czy naprawdę wyglądam na kogoś, kto chciałby zdradzić rasę ze względu na własną ciekawość? – zapytał, mierzwiąc ręką włosy. – Może to nie było odpowiednie pytanie... – Dodał po chwili. - Tak, chodzi mi tylko i wyłącznie o informacje. Nie stałem się ani dobry, ani zły. Pozycja ponad tym bardzo mi odpowiada. Cóż, skoro „miłość”, powiedzmy też: „równość”. Co ty na to? – rzucił powracając na swój bogato zdobiony fotel. Jedna z wampirzyc położyła mu głowę na kolanach. - Równość?! Prawisz mi kazania o równouprawnieniu, mając za plecami swego ojca i trzynastu strażników?! – krzyknął. - Dobrze rozumiem twoje wątpliwości, wiesz jednak, że i tak zdobędę te informacje z pomocą Aone. Nie powinno robić ci to różnicy. Tommy zamyślił się na chwilę. Rozszyfrowanie intencji Alexandra zajęło mu kilka sekund. - Skoro nie potrzebne ci moje donosy, po co to robisz? – zapytał ostrożnie, próbując złapać jego spojrzenie. Stalowe tęczówki zapłonęły triumfalnie. - Czy to nie proste? – odpowiedział. Thomas wyczuł emanujące z niego zadowolenie. – Powiedzmy, że upokarzanie cię sprawia mi jakąś irracjonalną przyjemność. Będziesz opowiadał mi o swej fascynacji Evangeline, o jej snach, pomysłach, słowach i gestach. Mówił o taktykach Agencji. Wszystko podszyte nutą twoją własną barwą emocjonalności. A ja skonfrontuję to z tym, co przyniesie mi Aone. Wampir zacisnął pięści i wbił wściekły wzrok w podłogę. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Miał nadzieję, że uda mu się wyjść z tego spotkania z wysoko podniesioną głową, tymczasem stał na środku sali, przed Alexandrem i jego świtą. Ich twarze spowijał triumfalny uśmiech. Osiągnęli to, co chcieli zdobyć. - Mogę już iść? – zapytał przez zaciśnięte zęby. Musiał sprawdzić, czy nic jej się nie stało – dziwnym trafem nie wierzył Faustowi i jego zapewnieniom o jej bezpieczeństwie. - Tak, oczywiście, jeżeli nie chcesz przejść do przyjemniejszych tematów i zapytać, co u mnie słychać... – powiedział Alexander z udawanym smutkiem. – Ach, jeszcze jedno. Nie miałeś racji, mówiąc, że Hvass Archann będzie obradować nad wypowiedzeniem wojny przez kilka kolejnych miesięcy. Ostateczna decyzja ma zapaść w noc następnej pełni. Uznałem, że w ramach naszej małej umowy, i ja mogę ci się do czegoś przydać... Thomas zmarszczył czoło z niedowierzaniem, kładąc rękę na klamce wrót. Pełnia wypadała za cztery dni... Może jednak Księga? Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
7 listopada 2034r. "Decyzje..." niedziela, 12.kwietnia.2009, 21:30Przywitał ją ciepłym uśmiechem, a Evangeline po raz kolejny powstrzymała się od zaproponowania mu czegoś do picia.
- Poczekasz chwilę? – zapytała cicho, wskazując na kuchnię. – Nic dziś nie jadłam, a ponieważ przewidujemy następny wykład z historii i wiedzy o... twojej rasie, zrobię kawę. – Słowo „wampir” wciąż ciężko przechodziło jej przez gardło. Tommy skinął głową. Evangeline wróciła po kilku minutach, niosąc ze sobą kubek kawy i ogromną tacę z kanapkami. - Skończyłeś na tym, że cię ugryzł. Alexander Faust. – Przypomniała mu. Znalazł jej spojrzenie i zagłębił się w brązowych tęczówkach. - Źle interpretujesz moje milczenie. Właściwie, zastanawiałem się nad czymś zupełnie innym. Ale to już nieważne. – Powiedział. W jego oczach znów zagościła nieobecność i tęsknota. – Tak. Alexander Faust mnie ugryzł. Przez pięć dni wiłem się w agonii na podłodze jego wytwornego domu w Londynie. Prawie nie zwracał na mnie uwagi, od czasu do czasu tylko, kiedy odchodzili jego znajomi, siadał przy mnie i opowiadał mi historie jego życia. Mimo, że z czasem szczerze znienawidziłem go za to, co mi zrobił, to właśnie przez te opowieści postanowiłem z nim zostać. Tak bardzo było mi go żal... - Przecież cię ugryzł. Na swój sposób zabił. – Przerwała mu Evangeline. Uśmiechnął się do niej, choć myślami ciągle był daleko stąd, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Historia, która zaczęła się po to, by w końcu się zakończyć, została pozbawiona prawa do epilogu. - Tak, to prawda. Gdybym nie był w pewnym sensie dumny z tego, kim jestem, bo mogę wam pomóc, również tak bym do tego podchodził. Jednak nie słyszałaś jego słów. Kiedy znikali Ialith, Vincent, Ignatius i inni jego przyjaciele, zostawał całkiem sam. Wśród nich też nie do końca mógł się odnaleźć. Był zagubiony, a powłoka zimnego, nieczułego i nieludzkiego do granic możliwości istnienia nie do końca zgadzała się z tym, co chciał sobą reprezentować... - Przecież z tego, co mówiłeś, wciąż taki jest. – Wtrąciła po raz kolejny dziewczyna. Uśmiechem nagrodził jej dociekliwość. - Bo nigdy nikt nie starał się przekonać go, że mógłby się zmienić. Jemu samemu zaś nigdy nie przeszkadzało to na tyle, aby postarać się coś zmienić. Zresztą, podobna maska pozwalała mu na niesamowite manipulacje innymi – powiedział, nagle budząc się z letargu. – Zdaje się, że się zapędziłem. Miałem mówić o sobie, a tymczasem nieznośnie często schodzę na temat mego stworzyciela. Evangeline starała się ukryć lekkie ukłucie żalu, ale Tommy chyba je zauważył, ponieważ dodał spokojnie: - Nie martw się. Alex zapewne mnie też interesowałby bardziej, jego historia jest jednak dużo dłuższa i bardziej skomplikowana niż moja, wolałbym więc nie opowiadać ci jej jedynie nędznymi urywkami całej prawdy. Pozwól, że zostawię ją na lepsze czasy. Kiedy już wyjawię ci wszystko to, co jest ci niezbędne. Chyba, że... – zatrzymał się, wbijając wzrok w okno. Dziewczyna skuliła się lekko na fotelu, z wyczekiwaniem. - Że...? – zapytała, wstrzymując oddech. Tom, widząc jej podenerwowanie, poruszył się niespokojnie. - Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć ani... - Nie przestraszyłeś mnie. Po prostu wolałabym, abyś od razu przeszedł do rzeczy, zamiast robić przerwy. Uśmiechnął się, nie do końca przekonany. - Widziałam już naprawdę straszne zbrodnie. Niełatwo jest wyprowadzić mnie z równowagi... – mruknęła, rozkładając ręce, jakby próbowała się usprawiedliwiać. Nie miała pojęcia, czy wyglądało to dostatecznie przekonująco, by wznowił wypowiedź, miała jednak szczerą nadzieję, że dał się złapać w zastawioną nań niezbyt wysublimowaną psychologiczną zasadzkę. - Jeżeli to, co widziałaś do tej pory, wydało ci się choćby w najmniejszym stopniu przerażające, może źle wybrałem, ponieważ to, co ujrzysz niedługo, przekroczy granice pojmowania każdego śmiertelnika. – Powiedział, zaraz potem dodał jednak: - Chodziło mi o to, że Alexander ma zadziwiającą zdolność dowiadywania się o rzeczach pilnie strzeżonych, o których nie ma najmniejszego prawa wiedzieć. Po prostu pojawia się tam, gdzie nie powinien, by odkryć to, o czym nie może słyszeć. Istnieje więc możliwość, że wie, bądź w najbliższej przyszłości dowie się o naszych kontaktach. Gdyby tak było, opowiem ci o nim wcześniej, byś... choć po części była przygotowana na jego przybycie – wyłożył. - Wracając do mojej skromnej osoby... - Powiedziałeś, że być może on już o mnie wie. O tym, że przekazujesz mi informacje. Czy nie lepiej byłoby... – zaczęła, ale Tom machnął ręką i przerwał jej, zbijając ją z pantałyku. - Czy moja historia jest naprawdę aż tak nieciekawa? Gdybym był człowiekiem, zapewne powinienem był się teraz obrazić... - Wybacz. – Powiedziała szybko, zakłopotana. Uśmiechnął się. - Nie martw się. – Powtórzył. – Jeśli aż tak zależy ci na wysłuchaniu tamtej opowieści, obiecuję, że rozpocznę ją zaraz po tym, jak zakończę swoją. Chociaż, swoją drogą, dziwię się, że nie wolisz posłuchać, jak możesz pomóc swej rasie w przetrwaniu... Evangeline spuściła wzrok, wbijając go w podłogę. Tak, teraz naprawdę była na siebie zła – wściekła na swój egoizm, ciekawość i dziwną fascynację tajemniczą osobą młodego Fausta. - Spokojnie – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Nawet tak wspaniała historia, jak opowieść o rodzie Faustów, nie powinna zając nam dłużej niż trzy, cztery wieczory. Narady Hvass Archann zdecydowanie będą trwać o wiele dłużej, a do czasu zapadnięcia decyzji I tak nie powstrzymasz biegu wypadków i kolejnych morderstw oraz zaginięć. Tak więc – po raz kolejny spróbował powrócić do tematu swojej osoby – pięć dni. Tyle trwało moje „przejście”. Nie najlepiej wspominam ten czas, choć, zdaniem Alexandra, w ogóle nie powinienem był go pamiętać. Chyba tylko przez to przekonanie tak chętnie odsłaniał przede mną swą duszę. Gdy obudziłem się rankiem, szóstego dnia od ugryzienia, zdziwiłem się. Nie czułem już bólu, ani zimna, a mój stworzyciel stał nade mną dziwnie zadowolony. Towarzyszył mi jedynie ogień, spalający od środka moje gardło. Wiedział, co mi jest. Wtedy po raz pierwszy zabrał mnie na łowy. Zasmakowałem krwi człowieka, choć to mój przewodnik otworzył mu żyły. Bardzo bawiło go moje przywiązanie do ludzkiej natury i szacunek, jaki żywiłem do człowieczego istnienia. – Jego ciałem wstrząsnął nagle dreszcz obrzydzenia. Skrzywił się, próbując naśladować swój zwykły uśmiech, nie bardzo mu jednak wyszło. - Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo nienawidziłem siebie za to, co robię! Ja, lekarz, który składał przysięgę Hipokratesa u stóp samego Boga, zabijałem ludzi! Bez skrupułów, nie dając im najmniejszej szansy na obronę! Alexandra to irytowało. Tylko Ialith, dla której miałem być czymś w rodzaju prezentu, bo to ona namówiła go do przemienienia mnie, uważała to za słodkie. Ufałem jej. Naprawdę, ufałem. Z czasem poczułem do niej coś, co od biedy można było nazwać miłością. Podświadomie czułem, że tylko mnie wykorzystuje. Że wcale nie marzy o mojej bliskości, szuka tylko kogoś, kto pomógłby jej wyrwać się z otaczającej ją pustki. Widzisz, miała już ponad czterysta lat. Po pewnym czasie stwierdziłem, że tylko ona trzyma mnie dalej w świecie Fausta. Zbyt bardzo bała mu się jednak sprzeciwić. Kochała luksusy, których miała pod dostatkiem u jego boku. Nie miała też nic przeciwko zabijaniu. Myślałem, że jest taka, jak ja, ona tymczasem tylko się nudziła. Od czasu do czasu potrzebowała nowej rozrywki, towarzystwa, czegokolwiek, co pozwoliłoby jej choć odrobinę zmienić jej życie. Kiedy pewnej nocy, po dziewięćdziesięciu latach służby, mogę to chyba tak nazwać, przy jego boku, zaproponowałem jej ucieczkę. Naprawdę mnie to zmęczyło. Gdybym mógł przejrzeć się w lustrze... nie zrobiłbym tego, ponieważ bałbym się swego oblicza – twarzy mordercy. Wyśmiała mnie. Zobaczyłem wtedy, że to, co zostało zbudowane wokół mnie przez prawie wiek, jest tylko ułudą realności – bo rzeczywistość również perfekcyjnie dostosowywała się do potrzeb Alexandra. Załamałem się. Nie chciałem polować. Nie chciałem żyć. Ialith zaś przechodziła obok mnie z wysoko podniesioną głową, prezentując wszystkim swój nowy twór – nowego kochanka. Wtedy uciekłem. – Głos zadrżał mu niebezpiecznie. Wyciągnęła rękę, by go pocieszyć, jednak odskoczył od niej szybko. - Odtąd, od czterdziestu trzech lat błąkam się po świecie, szukając takich, jak ja. Tych, którzy zbuntowali się przeciw własnemu jestestwu, by stać się lepszymi. Nie znalazłem ich wielu, jest nas zaledwie garstka, być może dwudziestu, trzydziestu, i to na całym świecie. Tylko tylu z nas chciało podjąć trudne wyzwanie odnalezienia człowieczeństwa w postaciach, w których teraz żyjemy. Większość z nas żyje w cieniu, nie ujawniając się ani ludziom, ani, tym bardziej wampirom. I ja też tak żyłem. Do teraz. Do chwili, w której zrozumiałem, jak ogromne niebezpieczeństwo grozi waszej rasie. – Zakończył. Westchnął lekko, wstając. Gdyby nie to, że nigdy nie spał, być może pomyślałaby, że jest zmęczony, że opowiadanie swych dziejów wyczerpało go fizycznie, wiedziała jednak, że prawda jest inna. Thomasowi ciężko było pogodzić się ze swą naturą, co dopiero tak po prostu o niej mówić. - Zaczekaj – poprosiła, wstając i znajdując jego spojrzenie. – Czy twoi... przyjaciele też tu są? Czy też zdecydują się nam pomóc? Nawet nie podejrzewał, jak bardzo ucieszyła się tą nadzieją. Jak wiele otuchy wniosła do jej serca. - Tu, ze mną, są tylko dwie osoby i owszem, są skore do pomocy. To Cecilie i William. Zapewne wkrótce ci ich przedstawię. – Odpowiedział. Cieszył się, widząc uśmiech na jej twarzy. Ciągle przypierał ją do ściany, sprawiał, że czuła się coraz bardziej osaczona, słysząc jego słowa. Teraz jej serce rozkwitło nową wiarą. - Pamiętaj – zauważył cicho – że tamtych wciąż jest nieporównywalnie więcej. - To nic – odrzekła wesoło. – Ważne, że nie jesteś sam. Posmutniała nagle. - Pozostała jeszcze jedna nierozstrzygnięta kwestia... – mruknęła. Ni miała pojęcia, jak przekonać go do swego pomysłu, miała jednak nadzieję, że może jednak jej się uda. Może... - Nie proś mnie o to, Evangeline. Kiedy zmienię zdanie, będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie. Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie. - Powiedziałeś: kiedy. Nie jeżeli, ale: kiedy. * * * Gdy Thomas opuścił dom Evangeline, powili zaczynało już dnieć. Patrzyła przez okno, jak pospiesznym krokiem znika we mgle. Każdym świtem, kiedy znikał, rządziło dziwne przekonanie, że więcej już nie uda jej się go spotkać. Tak, jakby za rogiem czaił się ktoś, kto pozbawi go możliwości powrotu. Mimo, że znała Toma dopiero od tygodnia, swoje przywiązanie do jego osoby mogła określić jako prawie materialne – czuła się dziwnie nieswojo każdej nocy, kiedy go przy niej nie było. Gdy znikał, dom wydawał jej się nie tyle pusty, co wypełniony tym, przed czym nikt już nie będzie potrafił jej obronić – samotnością, duchami przeszłości, niepewnością, która miała pozostać jedyną wartością niezmienną w najbliższym czasie. Może niedługo pogodzą się z tym, że ludzie umierają? Zniesione zostaną wszelkie żałoby, świat pogrąży się w chaosie. Ludzie porzucą ich dotychczasowy świat, a niepewność dalej będzie trwać przy ich boku. Czy obudzą się następnego dnia? Czy przeżyją ich bliscy? Potrząsnęła głową, wybudzając się z letargu, w którym swoją drogą coraz częściej odnajdowała ukojenie. Byle dalej od wszystkich nieprawdopodobieństw, których dotykała. Podeszła do jednej z wielkich, magnetycznych tablic, rozpiętych na ścianach wiktoriańskiego domu. „Masakra ośmioosobowej rodziny na przedmieściach Waszyngtonu – kto powstrzyma rzeź?” – głosił tytuł jednej z największych gazet. Potem, pomiędzy krzykami o pomoc malowały się liczby. Pięćdziesiąt jeden. Miesiąc. Trzech agentów – jednak noc. Siedemdziesiąt osiem – pięć tygodni. Liczba ofiar rosła w zastraszającym tempie, a ona nie miała pojęcia, co może zrobić. Westchnęła cicho. Tak. Teraz wierzyła mu już w każdym calu. * * * - Quo vadis, domine? – zapytał szyderczy, kobiecy głos. Thomas rozejrzał się szybko, zaniepokojony. Głos wydawał mu się znajomy, bardzo bliski wręcz, nie mógł sobie jednak przypomnieć, do kogo należał. Kilka kroków za nim stała Aone – jedna z najbliższych jego stworzycielowi towarzyszek. Z wysoko podniesioną głową, w bezczelnym rozkroku, wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał – dzika i nieujarzmiona niczym wiatr, który przynosił jej informacje o wydarzeniach z całego świata. Zdaniem Toma te informacje tylko utrzymywały przy niej Alexandra – któż nie chciałby mieć przy sobie kogoś, kto na zawołanie przywoływałby wszystkie interesujące go sytuacje z całego świata? Jeśli się nie mylił, jego ojciec do tej pory nie miał pojęcia o talencie wampirzycy, podobnie jak i o wielu talentach otaczającej go straży przybocznej. Gdy odchodził, jego „gwardia” liczyła około dziesięciu osób – każda z nich została stworzona, niekoniecznie przez samego Fausta, w obawie przed wpływami Rady, która wiedziała o poczynaniach swych dzieci. Jako kolekcjoner krążył po całym świecie i zbierał najcenniejsze okazy umiejętności. - Donikąd. – Odpowiedział. A więc jednak jego przypuszczenia okazały się słuszne i Alexander dowiedział się o jego znajomości z ludźmi. Teraz wiedział już, czemu przysłał Aone, zamiast każdego innego, bardziej zaufanego towarzysza. Faust miał nadzieję, że Tommy ułoży z pozoru nie pasujące do siebie części i domyśli się, że nigdy nie powinien był czuć się tak bezpiecznie, by wysilić się na otwartą zdradę rasy. Miał nad nim kontrolę cały czas! Przyjął pozycję obronną, oczekując rychłego ataku. - Nie bój się. Nie nakazano mi zrobić ci krzywdy... – mruknęła, a jej usta wykrzywiły się w pełnym pogardy uśmiechu. - Tak? A co takiego kazał ci zrobić Alexander? – zapytał z wściekłością. Czemu, na Boga, musiał wybrać go akurat tak uzdolniony i przebiegły wampir?! Czy nie mógłby to być jeden z tych, którzy najpierw przekazują zasady, a potem po prostu znikają, nie przejmując się losem swego tworu? - Powitać cię na nowo w jego mieście. Najchętniej pojawiłby się sam, zatrzymały go jednak obowiązki oraz to, że nie zjawiałeś się zbyt długo. Gdybyś wyszedł choć pół godziny wcześniej... Teraz jest już zbyt jasno, słońce pojawi się za kilka minut. Poza tym, oczywiście – mruknęła, krzywiąc się lekko – cuchniesz człowiekiem. - Mów, co masz powiedzieć i odejdź! – warknął, napinając mięśnie. Spomiędzy jego warg wydobył się niski, przerażający dźwięk. Wampirzyca zaniosła się dźwięcznym, pogardliwym śmiechem. - Och, właściwie, nic poza tym nie kazał mi przekazać. Chociaż, a tak! Miałam jeszcze prosić cię, byś pozdrowił od niego Evangeline. Przyznaje, że nosić imię jednej z pierwszych wampirzych królowych to zaszczyt dla człowieka. Nawet jeśli została ona obalona... Może i ona podzieli jej los? Thomas zacisnął pięści tak, że palce zaczęły drętwieć. - Niech tylko spróbuje jej dotknąć, to przysięgam... - Wiesz, że wszystko zależy od ciebie. - Nie wrócę. Uśmiechnęła się, robiąc kilka kroków do tyłu. - Szkoda. Jak nikt inny potrafiłeś go rozbawić... Do tej pory to robisz. Naprawdę myślałeś, że zdołasz się ukryć? Przed nim i jego strażą? Doprawdy, urocze... – powiedziała. Nagle jej twarz rozjaśniła się, jak gdyby przypomniała sobie coś bardzo ważnego. – Och, no tak. Jeszcze chwila i pominęłabym najważniejszą część wiadomości. Przyjdź jutro wieczorem do „Life’s End”. Jeżeli chcesz, przyprowadź też swoją nową przyjaciółkę. Wasza zażyłość bardzo zainteresowała Alexandra... - Nigdzie nie będę jej ze sobą zabierać! Jeśli Alexander ma mi coś do powiedzenia, niech sam do mnie dotrze. Nie powinno to być takie trudne – odparował. Ledwie powstrzymywał się przed atakiem. - Och, proszę cię. Oczywistym jest, że to dla niego żaden problem. On po prostu wie, że i tak, chcąc czy nie, zjawisz się jutro w zajeździe. Choćby ze względu na dobro swojej lubej. – Widać było, że w swoje słowa włożyła cały jad i pogardę, jakie przygotowała na dzisiejszą rozmowę. - Jeśli przyjdę... – zamyślił się przez chwilę. – Jeżeli się pojawię, czy mogę mieć pewność, że podczas mojej nieobecności nikt nie złoży Evangeline... niespodziewanej wizyty? – zapytał. Uśmiechnęła się rubasznie. - Podejrzewam, że Alexander nie będzie miał mi za złe, jeśli odpowiem za niego i zgodzę się na ten układ. Wydaje się być całkiem rozsądny. Będziemy cię oczekiwać... – dodała, znikając we mgle. * * * Niewiele osób zauważa moją prośbę, ale, podobno, próbować zawsze warto. Cóż... Może więc jednak ktoś odwiedziłby księgę gości? Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
2 listopada 2034r. "Historia poczęcia." poniedziałek, 6.kwietnia.2009, 17:28Godzinę później pager Evangeline Voerding rozjarzył się jasnym światłem. Wpadając do gmachu Agencji zobaczyła cały podzespół Evansa, zmierzający powolnym krokiem do sali konferencyjnej. Mieli nietęgie miny. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, czy bezpieczną drogą jest wkroczenie do pokoju jako ostatnia z wezwanych.
- Lepiej się pośpiesz – uprzedziła ją zza pleców jedna z sekretarek. – Zginęło trzech agentów. Nie czekając, weszła do środka. - Spóźniona, Voerding. – Powiedział Evans, siadając przed złożonym z jedenastu osób podzespołem. - Przepraszam, sir. – Odrzekła, stając na baczność i salutując mu lekko. - Przepraszasz?! Straciliśmy dziś trzech agentów, a ty mnie przepraszasz?! – krzyknął, uderzając w stół potężną aktówką. Ev dosyć często zastanawiała się, kto potrafi napisać sto stron raportów w kilka godzin od zdarzenia. Ona nigdy nie miała do tego głowy. Zresztą, rzadko do czego ją miała. Ostatnimi czasy Jack coraz częściej dawał jej odczuć, że utrzymuje się w zespole tylko dzięki swojej niezawodnej jak dotąd intuicji, pozwalającej jej odkrywać ściganych morderców. Usiadła, starając się za wszelką cenę zachować spokój. Jack odwrócił wielką, szklaną tablicę, na której zawsze rozpisywał hipotetyczny bieg prowadzonych spraw. Podziwiała go. Zawsze opanowany. Był jej mentorem – wybrał właśnie ją spośród tysięcy kandydatów, mimo jej młodego wieku. Wiedziała, że czasami tego żałował. - Trzy osoby – zaczął, opadając na swój skórzany fotel. – Trzech wyszkolonych agentów, można powiedzieć, elita naszej placówki. Evangeline poruszyła się nerwowo na swoim krześle. Przez chwilę nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Zachwiała się na krześle. Było jej słabo – myśli krążyły po jej głowie z nieokreśloną prędkością, a ona nie potrafiła ich poukładać. Nocne odwiedziny nieznajomego, jak do tej pory sądziła, chorego psychicznie człowieka. W tym momencie nie potrafiła nawet stwierdzić, czy był człowiekiem. Evans wstał, ciężko opierając ręce na blacie stołu. - Ostatnimi czasy nasilają się podobne zbrodnie. Prasa krzyczy z pierwszych stron i narzeka na naszą bezradność. Ludzie są sparaliżowani strachem, musiałem postawić całe miasto w stan gotowości i zarządzić godzinę policyjną. Tymczasem trzech agentów rozpoznaje teren w jednym z opuszczonych portowych magazynów i dzieje się z nimi to samo. Co mają powiedzieć media?! Jak mają czuć się ludzie, jeżeli nie potrafimy ochronić nawet własnych pracowników? - rzucił. Bezsiła jest straszna, pomyślała Evangeline, patrząc na wyraźnie załamanego wydarzeniami przemijającej nocy partnera. Jack spojrzał na nią – w jego oczach dostrzegała zmęczenie i niezrozumienie dla zaistniałej sytuacji. Rozumiała go. Do tej pory szczycił się tym, że nie przerosła go jeszcze żadna ze spraw. Teraz miało się to zmienić. I choć walczył, nie potrafił wygrać tego pojedynku. - Dobrze. Może... idźcie do domów. Przemyślcie to. Wyśpijcie się. Spotkamy się o szesnastej. Trzeba chyba coś postanowić w tej sprawie, ale teraz... – popatrzył na swój zespół, po czym zamknął oczy. * * * Co Tommy widział w tej ludzkiej dziewczynie? Pytanie to dręczyło Alexandra Fausta od dobrych kilku godzin. Patrzył, jak młoda kobieta wychodzi z taksówki i wchodzi do swojego, świetnie zabezpieczonego nawet jak na standardy Agencji domu. Opuścił go dosłownie przed chwilą, wyczuwając jej słodki, inspirujący zapach. Musiał przyznać, że rzeczywiście pachniała bardzo ciekawie. Nie miała nic wspólnego ze swądem strachu, znudzenia i niewiedzy, jakim zwykli cuchnąć ludzie. Jej aurą była skrytość, tajemniczość i spokój. Dreszcz przeszedł przez jego ciało, kiedy uświadomił sobie, jak musi smakować jej krew. Taka świeża, młoda i czysta... Bez nienawiści, chłodna , żywa krew, która karmiłaby go potem przez wiele, wiele dni... Tak inna od krwi, którą zwykł pić. Brudnej nieuczciwością, zmęczeniem i złością, jakie płynęły z nich nieprzerwanym strumieniem kłamstw i drwin. Oto stała przed nim jedna z najbardziej delikatnych istot, jakie miał szansę spotkać. Stworzenie nieskalane złem, współczujące i zamknięte, czekające w ciszy na wyzwolenie z okowów życia śmiertelnego. Taka niewinna, a Tom uczynił ją współodpowiedzialną za wybuch największej wojny wszechczasów. Przez chwilę miał wrażenie, że jest mu jej nawet szkoda, ale zaraz potem skrzywił się nieznacznie. Nawet, gdyby jej zapach miał zawrócić mu w głowie, wciąż pozostawała człowiekiem. Brudnym, śmierdzącym, małym człowiekiem, dla którego żaden szanujący się wampir nie powinien posuwać się do odtwarzania typowo ludzkich uczuć. Nagle furtkę jej ogrodu przekroczył ktoś jeszcze. Alexander z niemałą radością stwierdził, że to Thomas. Co za naiwny zdrajca. Nawet nie podejrzewał, że ktoś mógłby go obserwować. Wchodził do domu człowieka niczym jałówka, ofiarowana bogom na całopalenie. Skrzywił się. Ostatnio zdecydowanie zbyt często myślał o innych. Ach, jak tak dalej pójdzie, to jeszcze się zestarzeje... Uśmiech znów zagościł na jego twarzy... Gdyby tylko mógł. Dotknął swojego gładkiego, chłodnego policzka. * * * - Witaj, Evangeline. – Powiedział cicho Tommy, przekraczając próg jej domu. Odgadła, że przybędzie. Zostawiła otwarte drzwi. Ucieszył się na myśl, że jednak zaszczepił w niej ziarno zaufania. Odwróciła się. Smutna i wyczerpana, nie przypominała dziewczyny, którą obserwował od tygodni. Przygnębienie i brak snu malowały się ciemnymi smugami pod jej oczami. Omiotła wzrokiem pokój, po czym zatrzymała go na jego osobie. A potem nagle przechyliła głowę. - Opowiedz mi. – Zażądała. Uśmiechnął się blado. Wierzyła mu. - Od czego mam zacząć? – zapytał cicho, kiedy wskazała mu fotel. Sama skuliła się na kanapie, z kubkiem zakupionej na pobliskiej stacji kawy. Widział jej zmęczenie, którego nie zaznał od kilkudziesięciu lat. Fascynowało go to. Wyczerpanie było czymś świeżym, nowym – wspomnieniem życia, które zniknęło dawno, dawno temu. Przerażające – spojrzeć w przeszłość i uświadomić sobie, jak niewiele pamiętasz z tego, kim byłeś przedtem, oraz jak niewiele zostanie z tego za kolejne setki lat. - Od siebie. – Odrzekła spokojnie. – Zacznij od swojej historii, abym mogła znaleźć w tym emocje. A więc nie chciała suchych faktów, które pomogłyby jej ocalić życie. Wolała poznać prawdę malowaną kreską uczucia, pustki i żalu. Pragnęła tego, by uwierzyć. Znaleźć sens w pozbawionej ładu i składu rozsypance. Zdziwił się. Nie spodziewał się tego po kimś, kto na co dzień zajmował się śledzeniem morderców i wrogów narodu. Uśmiechnął się lekko. Odnalazł kogoś, kto chciał go poznać. Kto miał nadzieję zrozumieć, bez postawionej najpierw tezy. Kto, jak mu się wydawało, wierzył w to, że wykreowane zło nie musi być wcale złe. Że potwory również posiadają sumienie. Nareszcie był szczęśliwy. Usiadł i spojrzał jej w oczy. - Może więc opowiem ci o sobie... to znaczy... Czy chcesz wiedzieć, jakim byłem człowiekiem, Evangeline? – zapytał z wiarą w głosie. Skinęła głową. - Urodziłem się 25 września 1878 roku w małej wiosce na południe od Dover, w zubożałej, szlacheckiej rodzinie. Ojciec zajmował się handlem – dużo podróżował po całym kraju, by zarobić na utrzymanie rodziny i moje wykształcenie. Byłem ich jedynym dzieckiem, łożyli więc duże pieniądze, bym w przyszłości nie skończył na ich folwarku, ale przedostał się do zamkniętego grona wielkomiejskiej arystokracji. Moja matka – uśmiechnął się lekko na wspomnienie domu. Zielone oczy zaszły bielmem żalu i tęsknoty. Poruszył się lekko w fotelu, budząc się z zamyślenia – była kobietą niezwykle czułą i wrażliwą. Marzyła, bym został pianistą, dlatego też od trzeciego roku życia pobierałem lekcje u miejscowego organisty. Nie szło mi najlepiej – przyznał – ale starałem się jak mogłem, widziałem bowiem, jak bardzo jej na tym zależało. W wieku trzynastu lat udało mi się zdobyć stypendium w jednej z londyńskich szkół dla młodych szlachciców – odwrócił wzrok, i dopiero po chwili wznowił opowieść: - Wybacz, nie wspominam najlepiej tego okresu najlepiej. Sama rozumiesz, dzieci są... - Dziećmi...? – rzuciła cicho, w przypływie sympatii dla nieznajomego. Uśmiechnął się z wdzięcznością. - Tak... Dokuczali mi, ponieważ od nich odstawałem. Mojej rodziny nie było stać na wystawne życie, jakie prowadziły ich familie. Ani na wyszywane złotymi nićmi ubrania i drogie karety, ciągnięte przez rasowe ogiery. Pewnego dnia jednak ojciec jednego z... dla wygody nazwę ich kolegami, usłyszał, że gram i komponuję na pianino. Zaproponował mi pracę w jednym z jego hoteli dla bogatej szlachty. Nie powiem, było to dla mnie zrządzenie losu. Mogłem nareszcie odciążyć swych rodziców i sam zarobić na własne utrzymanie. Miałem już dwadzieścia trzy lata i studiowałem medycynę na londyńskim uniwersytecie. Pewnie ciągnęłoby się to jeszcze przez kilka długich lat, pewnego wieczoru pojawili się jednak... oni. – Powiedział, ściszając głos. Westchnął, jak gdyby wspomnienia tamtych chwil sprawiały mu ból, lub nie do końca je pamiętał. Evangeline spojrzała na niego – choć nie wydawało jej się to możliwe, zbladł jeszcze bardziej. Jego skóra nie była teraz dużo ciemniejsza od ściany, co potęgowało jeszcze przyciemnione światło lamp. - Chcesz... opowiadać dalej? – zapytała powoli. Współczuła mu. Teraz naprawdę było jej go szkoda. Uśmiechnął się smutno i skinął głową. - Wybacz, – mruknął na usprawiedliwienie swojego zachowania – ale choć tyle lat noszę tę historię w pamięci, wciąż nie mogę do niej przywyknąć. Szczególnie, że opowiadam ją komuś, kto... – Kto nigdy tego nie doświadczył... - skończyła za niego dziewczyna. Patrzył na nią z mieszaniną wdzięczności i zaskoczenia. W jego oczach widać było, że dawno nie spotkał się ze zrozumieniem. Nikt nie chciał słuchać. Wierzyć. Czuć. - Tak. Na czym to ja...? – zastanowił się przez moment, po czym chyba sobie przypomniał, bo usadowił się wygodniej i rozpoczął: - Zachowywali się inaczej, niż ktokolwiek, kogo spotkałem wcześniej. Przemykali niezauważeni po sali, flirtowali z gośćmi. Zdziwiła mnie ich obecność. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, a miałem wrażenie, że doskonale znają wszystkich znajdujących się na sali. Było ich czworo, a jednym z nich był ten, któremu zawdzięczam moją dzisiejszą postać. Nazywał się Alexander Faust. – Powiedział. Jego twarz nagle nabrała ostrzejszego wyrazu. – Widzisz. Nawet świat wampirów nie jest pozbawiony różnic, podziałów na lepszych i gorszych. Alexander od zawsze był tym lepszym, ponieważ jest wampirem Pierwszej Krwi. Widzisz – dodał, dostrzegając cień niezrozumienia na twarzy Evangeline – choć większość z nas zostało stworzonych przez inne, starsze osobniki, istnieją również rodziny wampirów, klany o historii sięgającej pradawnych czasów. Pierwsza Krew nadaje wiele przywilejów – wampir z urodzenia jest dużo silniejszy od tego stworzonego. Większość ma nadprzyrodzone moce niespotykane często u „niepełnokrwistych”, poza tym tylko wampirzyce z klanów mają możliwość wydawania na świat dzieci – pozostałe są bezpłodne. Mimo, że z czasem pojawiają się u nich oznaki starzenia się, poziom ich mocy wzrasta wraz z wiekiem, by w końcu przekroczyć wyobrażenia innych osobników. – Wyjaśnił. Evangeline podkuliła nogi pod siebie, słuchając słów przybysza z coraz większą ciekawością. Wiedziała, że zdawał sobie sprawę z tego, jak szybko uwierzyła mu w istnienie jego rasy, choć była to jednak z najmniej prawdopodobnych historii, jakie udało jej się kiedykolwiek odkryć. On tylko uśmiechnął się znowu, z nadzieją i wiarą w jej szczerość. - O rodzinie Faustów wspomną ci pewnie jeszcze nie raz, miałem jednak opowiedzieć ci dziś inną historię. Alexander i jego klan wymagałby wielu godzin mozolnej przeprawy przez dzieje i hierarchię świata wampirów, a teraz nie mam ani czasu, ani ochoty, by o tym mówić. Wracając do mojej skromnej osoby, pamiętam wyraźniej niż cokolwiek innego, jak bardzo zafascynowało mnie wtedy czworo nieznajomych przybyszów, odwiedzających „Aurorę”. Ich piękne, nieskazitelne twarze i duma, która od nich biła. Na owej sali oglądałem już hrabiów, lordów i książąt, nikt jednak nie wniósł do niej tyle blasku i przepychu. Krążyli po niej pojedynczo, od czasu do czasu uśmiechając się do siebie pełnym łakomstwa i pogardy grymasem. Pamiętam, że nagle jedyna kobieta w całej tej osobliwej czwórce znalazła się przy moim boku. Nie wiedziałem, jak i kiedy. Jakby się tam po prostu zmaterializowała. Pochyliła się nade mną i szepnęła, że teraz powinienem grać coś smutnego. Przepełnionego żalem i tęsknotą za tym, co już nie powróci. Kątem oka dostrzegłem, że Alexander skłania ku nam głowę i rusza w górę schodów z córką jednego z lordów Wysokiej Izby. Zdziwiłem się. Przecież wiedziałem, że młoda arystokratka nie opuszcza nigdy boku swej matki. Nie miałem pojęcia, czemu przystałem na tę dość niespodziewaną prośbę. Zapewne stało się to za sprawą jej głosu... - Twój głos. – Zauważyła nagle Evangeline. – Kiedy trzy dni temu zobaczyłam cię przy moim łóżku, tylko spokój i blask twojego głosu nie pozwolił mi wtedy nacisnąć spustu. Widziała, że był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Pewnie będzie miał przynajmniej jedną rzecz mniej do wytłumaczenia. - Tak, mój głos, podobnie jak każdego z nas, posiada tę umiejętność przyciągania i uspokajania naszych potencjalnych ofiar. I właśnie on zdziwił mnie wtedy najbardziej. Wielokrotnie byłem świadkiem zalotów szlachcianek, które przepełnionym miodem głosem lały pochlebstwa do uszu swych wybranków. Kilka godzin później zaczął się koszmar. Salę rozdarł nagle jęk przerażonej matki owej dziewczyny. Chyba zorientowała się, że córki nie ma na przyjęciu. Tymczasem kobieta, później poznałem ją jako Ialith, znów w dziwny sposób znalazła się obok mnie, zastrzegając ostro, bym nie udzielał się w tej sprawie. Widocznie dostrzegła moje ciekawskie spojrzenie, tak nieuważnie rzucone w stronę wymykającej się pary. Kiedy sala opustoszała, zauważyłem ich znowu – zrobił krótką przerwę, sprawdzając, która godzina, a Ev, wiedziona nagłą gościnnością o mało co nie zaproponowała mu czegoś do picia. Sama kończyła trzecią kawę, ponieważ jutro o ósmej trzydzieści znów miała być w pracy. Od tragicznej dla Agencji nocy minęły trzy dni, nikt jednak nie miał zamiaru zwalniać tępa tylko dlatego, że utknęli w martwym punkcie. - Wychodzili, ramię w ramię, i choć nie widziałem wcześniej twarzy Alexandra zbyt dokładnie, ujrzałem, że na jego policzki powrócił rumieniec. Nie wiem dlaczego, ale postanowiłem, że za nimi pójdę. Być może była to wina Ialith i jej oszałamiającej woni którą tej nocy otoczyła mnie dwukrotnie, przywołując mi na myśl wszystkie, najbardziej perwersyjne nawet wizje tego, co mógłbym zrobić z kobietą – jego twarz stężała nagle. – Nie był to najlepszy pomysł w moim życiu. Wydawało mi się, że mnie nie dostrzegli, a może po prostu wmówiłem to sobie, tak bardzo chciałem w to uwierzyć. Szedłem za nimi długo, aż dotarliśmy w najciemniejszą i najbardziej obskurną dzielnicę Londynu, jaką tylko mogłem sobie wyobrazić. Potem... – głos zadrżał mu niebezpiecznie, ale zaczerpnął powietrza i kontynuował: - Potem nagle się zatrzymali. Alexander roześmiał się głośno, odwracając się do mnie. Wierząc, nie wiem, czy we własną siłę czy też w Boga, spojrzałem mu w oczy, szare stalówki odcinały się od ciemności w dziwny, magiczny prawie sposób. Trójka jego przyjaciół stanęła zaraz za nim. Głupi, zamiast uciekać, powiedziałem mu, że widziałem, jak wychodził z Anne z przyjęcia. Zażądałem, by powiedział mi, gdzie jest dziewczyna. Zanieśli się wdzięcznym, melodyjnym śmiechem. Zdziwiłem się, że w tak pięknym odgłosie może mieścić się pogardy i arogancji. Zacisnąłem pięści, zastanawiając się, co robić. Wiedziałem, że to najprawdopodobniej ostatnie chwile w moim niezbyt długim życiu. Teraz żałuję, że nie była to prawda. Moje cierpienia miały się jednak dopiero rozpocząć. Może z litości, może z chęci nowego towarzystwa, Ialith stanęła przed Alexandrem i całując go lekko rzuciła parę słów w nieznanym mi języku. Odpowiedział ostro, odtrącając ją od siebie. W okamgnieniu znalazł się przy mnie. Z pełnym ociągania wahaniem spojrzał na stojącą za nim kobietę, po czym wbił zęby w moją szyję... Evangeline otworzyła oczy, dziwiąc się otaczającą ją ciszą. Thomas stał przed nią. - Co się stało? – zapytała. Chciała, by opowiedział jej wszystko. By wiedziała, co przeżył. Pragnęła poznać tajemnicę jego losu, klanu Faustów i całego tego nieznanego jej dotąd świata. Zgłębić to, co dotąd nie zostało odkryte przez żadną śmiertelną istotę. - Nic. Po prostu... dosyć na dziś. Muszę załatwić jeszcze parę spraw. – Powiedział z ociąganiem. - Czekaj! - krzyknęła za nim, ale znikł, zanim zdążyła zareagować. Zła na siebie i swego przewodnika, spojrzała na zegar. Zostały jej trzy, może cztery godziny snu. * * * Śniła o niespokojnych, pełnych krwi i bólu czasach. O ulicach pełnych krzyczących, jęczących ludzi, biegających bez celu niczym w dniu ostatecznej apokalipsy. O rozdartych gardłach przyjaciół i całkiem obcych istot. W tle wysoki, chłopięcy głos śpiewał przerażającą pieśń w języku, którego nie znała. Budziła się co chwilę, by zaraz potem powrócić do świata swym mar. * * * - Ojcze, wiesz, że jeżeli wydasz rozkaz, każdy z nas dumnie stanie u twego boku, by nieść chwałę naszej rasie... – rzekł Alexander, materializując się nagle w pokoju starszego mężczyzny, który spojrzał na niego uważnie, wyrwany z zamyślenia. Mądre, zmęczone, pozbawione uczucia oczy zmierzyły dokładnie lekki, nonszalancki ukłon syna. Wstał powoli, pozwalając mu się wyprostować, po czym westchnął. - Co tak właściwie leży ci na sercu, synu mój? – zapytał cicho. Alexander popatrzył na niego z szacunkiem, za wszelką cenę starając się ukryć lekkie zniecierpliwienie, jakie ogarnęło go w chwili, kiedy od jednego ze swych towarzyszy dowiedział się o wahaniu ojca. Wiedział, że nie jest odpowiednią osobą, by udzielać rad przewodniczącemu Rady, nie mógł jednak oprzeć się pokusie wybadania podłoża jego niepokoju. - Chciałbym, byś powiedział mi, co powstrzymuje cię przed wypowiedzeniem wojny rasie ludzkiej. Tak długo pozostawaliśmy w ukryciu... Tyle wieków minęło, odkąd Eressei zawarła pakt z człowiekiem! Nawet nie respektują jego postanowień! Powinniśmy... - Zdradź mi lepiej, czego dowiedziałeś się o swym dawnym przyjacielu i jego nowej towarzyszce – przerwał mu sędziwy wampir. – Kim jest? Co wie? Nic w jego głosie nie świadczyło o zainteresowaniu tą sprawą, dało się w nim wyczuć właściwą klanom podobnym do Faustów pogardę dla wszystkiego, co śmiertelne. Alexander odchrząknął, zastanawiając się, od czego powinien zacząć. - Jest młoda, ale bardzo jak na swój wiek dojrzała. Nadspodziewanie wrażliwa na wszelkie oznaki naszej... obecności. Bardzo łatwo udało mu się przekonać ją do istnienia wampirów. – Powiedział, marszcząc idealnie gładkie jak dotąd czoło. - Czy uważasz, – zapytał Christian, powoli analizując słowa syna – że jest w stanie w jakikolwiek sposób przekreślić nasze plany? Czy uważasz, że może być Łącznikiem? Zastanowił się, przesuwając palcami po brodzie, pokrytej szorstkim zarostem. - Tak – odpowiedział po chwili. - Uważam, że jest to wielce prawdopodobne, ojcze. - Pominąłeś jedno z moich pytań... Alexander zmierzwił włosy. Powoli zaczynał rozumieć jego intencje. Nie, wcale nie było tak, jak podejrzewali niektórzy. Christian Faust nie lękał się otwartej konfrontacji z ludzkością. Zamiast tego dogłębnie analizował sytuację, w jakiej się znalazł. - Przyznam szczerze, nie wiem. – Zdawał sobie sprawę z tego, że i tak nie opłaca mu się kłamać. W końcu to ojciec nauczył go, jak manipulować innymi istotami. Christian spojrzał na niego swymi jasnymi, przenikliwymi oczami. - Czy uważasz, że możliwe jest pozyskanie jej jako naszego sojusznika, synu? – widząc, że Alexander otwiera usta, by coś powiedzieć, uniósł rękę, powstrzymując go. – Zanim odpowiesz, zastanów się dobrze. Czy, mimo wszystkiego, co powie jej Thomas Blake, twój największy dotychczasowy błąd, będziesz potrafił przekonać ją do siebie i naprawić to, co zrobiłeś stwarzając go? Cisza, która zapadła po słowach przewodniczącego Hvass Archann, zdawała się przeciągać w nieskończoność. Wyraźnie męczyło to młodszego z mężczyzn – na jego twarzy wykwitł wyraz niezdecydowania i jakiegoś rodzaju niepewności. Po chwili odwrócił się w kierunku drzwi. - Nie wiem, ojcze – powiedział, wychodząc. * * * Evangeline wyszła z gmachu Agencji powolnym krokiem, wyrażającym zmęczenie i rezygnację, mimo, że jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Opuszczając jej dom, Tom powiedział, że nie przyjdzie, nie porozmawia z innymi, nie postara się pomóc jej w przekonaniu ich do, jakby nie patrzeć, dość odważnej teorii na temat przyczyny morderstw. Tłumaczył, że ufa tylko jej, że nie potrafiłby przedstawić im wszystkich historii, jakie jeszcze pozostały mu do opowiedzenia. Problem w tym, że jeśli prawdopodobny wampir nie zaufa im, oni raczej nie wezmą pod uwagę tezy, którą zamierzała im wyłożyć. Życie, pomyślała, zaciskając pięści. Nie potrafiła nie wierzyć w słowa Toma. Ilekroć próbowała podejść do nich w bardziej racjonalny sposób, nie miała argumentów, by obalić tę tezę. Była zbyt rozbudowana. Za bardzo pasowała do działań tajemniczych oprawców. Nie umiała jednak zebrać w sobie tyle odwagi, by opowiedzieć o niej współpracownikom. Nie. Nigdy nie przyznałaby się do tego, że przyczyną skrytości jest strach. Wolała wmawiać sobie, że to zwykła niepewność, być może lekki sceptycyzm, robiła wszystko, by zagłuszyć coraz głośniejsze wyrzuty sumienia. Przekroczyła furtkę prowadzącą do jej zaniedbanego ogrodu. Odkąd rozpoczęła pracę w Agencji, nawet na pływanie i jogging nie starczało jej czasu, co dopiero na podlewanie kwiatów czy przycinanie drzew. Powoli ogród zamieniał się w jedyny fragment dzikiego świata w mieście. Uśmiechnęła się lekko, widząc światło w swym salonie. Tom już był. * * * Gdyby ktoś życzył sobie, bym poinformowała go o części następnej, proszę o wpis do Księgi. Z góry dziękuję. Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
29 października 2034r. "Zarysy prawdy..." wtorek, 31.marca.2009, 13:05Był tam. Znów stał nad jej łóżkiem, podziwiając alabastrowy odcień jej skóry, spotęgowany jeszcze spowijającą ją księżycową poświatą. Wodził wzrokiem po jej ciele, obserwując jej wątłą klatkę piersiową, która poruszała się lekko w rytm miarowego sennego oddechu. Słyszał powolne, spokojne uderzenia jej serca, czuł, jak krew powoli rozchodzi się po jej żyłach. Przychodził tu zawsze, kiedy chciał pobyć sam. Gdy próbował odnaleźć swoje miejsce w świecie nieprzystosowanym do istot jego pokroju. Gdy jego pragnienie powrotu do zwykłego, ludzkiego życia stawało się nie do zniesienia.
Bardzo chciał, by się z nim oswoiła. Aby, kiedy przyjdzie jej się kiedyś obudzić i spojrzeć na niego, nie bała się go. By zrozumiała, dlaczego chciał być z nią i obok niej. Jak bardzo pragnął ochronić ją przed złem, które ją otaczało. Sam stanowił nieodzowną część owego zła. Nie cieszyło go to, nie był z tego powodu szczególnie dumny. Dawało mu to jednak pewnego rodzaju przewagę nad tym, co czaiło się w ciemności. O ile, oczywiście, to, co czaiło się w ciemności było ludzkie. W wypadkach spotkania z jego dotychczasowymi przyjaciółmi nic nie dawało mu tej przewagi. W takich chwilach przypominał sobie słowa Alexandra Fausta – jednego z największych i najbardziej znanych osobników rasy, nie tylko w Anglii, ale najprawdopodobniej w Europie i na świecie. Był stwórcą Thomasa – jego przewodnikiem i przyjacielem, póki ich drogi się nie rozeszły. Nie znał obyczajów i natury ludzkości – nie miał takiego prawa. Był jednym z ostatnich potomków rodziny Faustów, prastarego, szanowanego rodu, w którym, odkąd tylko pojawiły się pierwsze wzmianki o nim, nie było nikogo śmiertelnego. Dlatego właśnie nawet wśród swoich zachowywał się jak kot – zawsze wybierając własne drogi, pokazywał innym swą wyższość. Dzielił świat na niewolników i zdobywców. Zaliczając ludzi do pierwszej grupy, nawet nie starał się ich pojąć. Byli dla niego jedynie pokarmem, i mimo, że Tom wielokrotnie starał się wtajemniczyć go w ludzką kulturę, potrafił się z tego jedynie śmiać. Umiłował sobie wszelkie rozrywki – nie liczyło się nic poza nimi i samym Alexandrem. Dlatego też był całkowitym przeciwieństwem Thomasa. Alexander Faust żył w myśl zasady: zabij, lub zostaniesz zabity. Ludzie nie mogli zabić jego, więc z pewną dozą pogardy zabijał ludzi. I choć wiedział, że istnieje Bóg, który go za to przeklina, jako nieśmiertelny niewiele robił sobie z tego faktu. Jedynym żyjącym człowiekiem, którego szanował, był Woody Allen. Wcześniej byli oczywiście tacy jak Adolf Hitler – tylko dlatego, że bawiło go jego podejście do życia. Tommy był ciekaw, co też stary przyjaciel powiedziałby o jego pociągu do całkiem śmiertelnej kobiety. Pociągu romantycznego i nie spowodowanego żadną z kalających istoty żyjące żądz – ot, zwykła niepowstrzymana fascynacja ciałem, zapachem i charakterem, przemożna niechęć do krzywdzenia istoty tak delikatnej, tak bezbronnej. I choć momentami nie mógł opanować wzroku i pełnym krwiożerczego podniecenia spojrzeniem omiatał jej żyły, niczego nie pragnął bardziej od pozostawienia jej przy życiu. Wiedział. Faust nie powiedziałby nic. Wyśmiałby go, dał mu w twarz, po czym, jako przestrogę dla innych niezdecydowanych w kwestii swego powołania, zepchnąłby go w ogień. Ewentualnie postawił wcześniej przed Wielką Radą, która wydałaby identyczny wyrok, choćby ze względu, że jej przewodniczącym był Christian Faust – ojciec Alexandra. Uśmiechnął się na wspomnienie swego stwórcy. Nareszcie w pełni wyrwał się spod jego kontroli i mógł iść każdą drogą, jaką sobie obierze. Teraz chciał być namiastką człowieka. I ona miała mu w tym pomóc. Miał nadzieję, że ludzie uwierzą w to, co chciał im przekazać. Patrząc na śpiącą dziewczynę, przypominał sobie wszystkie swoje sny, jakie miewał, zanim odnalazł go Faust. Odtwarzał fragmenty swego poprzedniego życia niczym najpiękniejszy, najdelikatniejszy film, opowiadający historię wspaniałego świata, namalowanego sepią jego wspomnień. Matka, przysiadająca na skraju kominka, by posłuchać jego gry na fortepianie. Wtedy jeszcze nie był mistrzem – ona jednak zawsze uwielbiała patrzeć na jego powolne postępy, nawet jeśli każdy inny, strudzony i zirytowany ciągłymi błędami dziecka, odszedłby, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Teraz byłaby z niego naprawdę dumna. Tak bardzo chciał pokazać jej, jak wydoroślał, jak zmieniły się jego poglądy na życie, jak z ciekawego świata, bezczelnego, lekkodusznego młokosa stał się mężczyzną, posiadającym doświadczenie większe niż wszyscy sędziwi mędrcy i myśliciele, których spotkał. Było to zapewne spowodowane tym, że żył trzy razy dłużej niż każdy z nich, jego odporność na ból pozwalała mu robić rzeczy, o których nie śniło się owym starcom, a dzięki wpływowym przyjaciołom, przemierzył świat wzdłuż i wszerz. Tak bardzo chciał jej o tym wszystkim opowiedzieć. Problem stanowiło to, że matka od stu dwudziestu siedmiu lat leżała w grobie w jednej z angielskich wiosek na południe od Dover. Nagle obudził się. Powrócił do realiów, uświadamiając sobie, że wokół niego coś się zmieniło. Bicie serca przyspieszyło. Oddech stał się krótki i urywany. Zanim dziewczyna zdążyła krzyknąć, znalazł się przy niej, zasłaniając ręką jej usta. Zduszony okrzyk protestu milcząco rozdarł jego dłoń. Odczekał chwilę, wpatrując się w jej ciemne oczy, teraz wypełnione przerażeniem zmieszanym z nutą niezrozumienia dla obecności nieznajomego w jej pokoju. Przerażenie częściowo ustąpiło miejsca złości na własną bezsilność. Tom dobrze ją rozumiał. Kiedy nie znajdowała się między swymi snami, była człowiekiem Agencji, zajmowała się brutalnymi zabójstwami. Wiedział, że jeśli będzie odpowiednio się zachowywał, zdoła przekonać ją do siebie, być może nawet zyskać choćby najmniejszą cząstkę jej zaufania. Od niego zależał ciąg dalszy tej osobliwej znajomości. - Zabiorę rękę, dobrze? – zapytał. – Ale obiecaj mi, że nie będziesz krzyczeć. Dziewczyna ochoczo pokiwała głową. Thomas zawahał się przez chwilę, po czym odjął dłoń od jej ust. - Wiem, że zapewne jesteś zdziwiona moją obecnością tutaj. Nie chciałem, żeby wyglądało to tak, jak, niestety, wygląda teraz... – powiedział ze smutkiem, siadając na skraju jej łóżka. – Jestem Tom. Nosisz piękne imię, Evangeline... Wsparła się na łokciach, jedną ręką szukając przycisku, znajdującego się po prawej stronie łóżka. - Proszę, nie włączaj alarmu... – poprosił nieznajomy, nim wykonała jakikolwiek gest. Zdziwiło ją to i przestraszyło – skoro znał tak dobrze ją i jej dom, czyżby nie miała szans mu uciec? Napastnik uśmiechnął się lekko. - Wiem, co sobie myślisz. Mnie tymczasem, chodzi tylko o to, że zanim ktokolwiek się tu pojawi, mnie i tak już tu nie będzie. I nie patrz tak na mnie. Nie chcę, byś się mnie bała... – wydawało jej się, że mówi szczerze. W jego oczach potrafiła dostrzec żal, nie wiedziała jednak, czym jest spowodowany. Uśmiechnęła się nerwowo. - Wchodzenie w środku do czyjegoś domu nie jest najlepszą zawiązywania nowych znajomości. Szczególnie, jeśli nie ma się zamiaru go przestraszyć... – mruknęła cicho, wyłamując palce. Uśmiechnął się. - Twoje poczucie humoru. – Rzucił. – To jeden z powodów, dla których chciałem cię poznać. Rzadko zdarzało jej się mieć taki mętlik w głowie. Nie wiedziała, co ma robić. Evangeline Voerding, najmłodsza absolwentka szkoły agentów, nie miała pojęcia, co ma robić. Niech tylko Evans się o tym dowie. Nie da jej żyć przez następne trzy miesiące. - J-jak się tu właściwie znalazłeś? – zapytała słabo, starając się udawać przelęknioną i zagubioną, choć w tym momencie jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Nieznajomy uśmiechnął się znowu. - Jeśli ci powiem, i tak mi nie uwierzysz, pozwól więc, że zatrzymam tę informację dla siebie, dobrze? – odpowiedział. Nie wiedziała dlaczego, ale naprawdę zaczynała wierzyć, że niespodziewany gość nie ma wobec niej złych zamiarów. Gdzieś w jego głowie gubił się cały jej rozsądek, cała przesadna wręcz ostrożność i czujność. - Mimo wszystko, wolałabym wiedzieć. – Mruknęła, nie potrafiąc pozbyć się ostrej nuty ze swego tonu. Rzadko zdarzało jej się prowadzić takie zupełnie niezobowiązujące rozmowy. Nie wspominając oczywiście o rozmowach w jej sypialni. - Dobrze więc. Dzięki wyostrzonemu wzrokowi poznałem twój czternastocyfrowy kod alarmu. Nie musiałem wchodzić drzwiami, ponieważ, jak ci się dotąd wydawało, nikt nie może wejść do domu przez uchylone okno, pozostawione w łazience na drugim piętrze. Rzeczywiście. Żaden zwykły człowiek tego nie dokona. Ja jednak nie jestem zwykłym człowiekiem. Gdzie zostawiła broń? Krzesło, obok łóżka, jak zwykle. Analizując sytuację, nie zdąży nawet wyciągnąć ręki. Tak szybko znalazł się przy jej łóżku... - Kim więc jesteś? – zapytała ostrożnie, starając się zdobyć choć odrobinę więcej czasu na przemyślenie dróg, którymi mogłaby pobiec. Zamknęła oczy. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nieznajomy, choć włamał się do jej domu, nie jest niebezpieczny. Wprost przeciwnie, mimo, iż starała się oprzeć pojawiającej się na skraju świadomości myśli, pociągał ją. Nie znała go, tego mogła być pewna. Nigdy przedtem nie widziała go na oczy. Miał on w sobie jednak coś interesującego, niewymuszony powab, sprawiający, że nie mogła zażądać, by opuścił jej dom. - Dlaczego właściwie ciągle zadajesz pytania? – Spytał wymijająco, najwyraźniej starając się podtrzymać tę rozmowę jak najdłużej, zanim wyjawi jej co właściwie go tu sprowadza. - Taki mam zawód. Tom uśmiechnął się lekko. Spojrzała na niego czujnie. - Więc złóż układankę, której elementy widzisz. – Powiedział. Z jego twarz wciąż nie znikał rubaszny, żartobliwy uśmieszek. Evangeline była tym trochę zirytowana – kto normalny włamuje się do czyjegoś domu, budzi jego właścicielkę, po czym, jak gdyby nigdy nic z nią gawędzi? - Powiedziałabym... – zaczęła powoli – że potrzebuję więcej informacji. Roześmiał się! Wlazł do jej domu i bezczelnie śmieje się z jej słów. - Dobrze. Wszedłem tu, ponieważ mogę wspinać się jak pająk, biegać jak kot. Światło księżyca wcale nie powoduje we mnie wyzwalania dzikich instynktów, słońca rzeczywiście nie lubię, podejrzewam jednak, że nie przepadam za nim z zasady. – Powiedział, podchodząc do okna. – I, chociaż istniejemy naprawdę, wcale nie musisz się mnie bać... Evangeline wiedziała, że to ten moment. Poderwała się z łóżka, łapiąc za broń. Tom odwrócił się powoli. - Jeżeli naboje nie są z czystego srebra, nie skrzywdzą mnie. Ponieważ wątpię, aby FBI wydawało krocie na srebrne pociski, moim zdaniem lepiej byłoby, gdybyś odłożyła pistolet... – mruknął cicho, rozkładając ręce. - Gdybym miała zrobić zarys twojego portretu psychologicznego, powiedziałabym, że kwalifikujesz się do leczenia psychiatrycznego... – rzuciła, wciąż nie zdejmując palca ze spustu. Nieznajomy spojrzał na nią z powagą. Wiedziała, że nie może stracić nad sobą panowania, mimo to ludzie niepełnosprawni umysłowo czasami robili różne rzeczy, które mogłyby spowodować niepożądany efekt, w postaci, choćby, śmierci owej jednostki. Ręce zadrżały przez moment, i to wahanie wystarczyło, by ją rozproszyć. - Czemu chcesz zrobić mi krzywdę, skoro ja staram się tylko cię chronić? – zapytał łamiącym się głosem. Ręka Evangeline zadrżała niebezpiecznie. Dlaczego? Dlaczego miała opory przed skrzywdzeniem zwykłego włamywacza? - Sam powiedziałeś, że kula cię nie zabije. Ponieważ nie wydaje mi się to możliwe, być może po prostu chcę to sprawdzić... – powiedziała cicho. - Nie, nie chcesz. Jesteś zła na samą siebie, ponieważ podświadomie mi ufasz. Denerwuje cię to, bo jest sprzeczne ze wszystkim, czego uczyli cię w Akademii. Myślisz, że to z twojej strony naiwność, ale to nieprawda. – Powiedział, podchodząc bliżej. Jej oczy, przyzwyczajone już do braku światła, zaczęły dostrzegać pierwsze elementy jego wyglądu. Był wysoki i szczupły, miał ciemne włosy, odcinające się od jasnej skóry, która w dziwny sposób rozświetlała jego twarz. - Powiem ci, dlaczego tu przyszedłem, jeśli opuścisz broń i obiecasz, że nie będziesz mi przerywać. Jeśli nie wyda ci się to interesujące, więcej mnie nie zobaczysz, dobrze? – zapytał. Widział jej wahanie. Niepewność. I nie dziwił się temu. W pewnym momencie Evangeline jednak westchnęła głęboko i opuściła pistolet. - Czuję, że jeszcze będę tego żałować... – mruknęła. Uśmiechnął się. - Ciekawość ludzka. Jedna z najgorszych wad waszej populacji. To przez nią odkryto naszą naturę i zaburzono odwieczną równowagę na świecie. - Czemu izolujesz się od pojęcia ludzkości? – zapytała, zanim zdążyła ugryźć się w język. - Miałaś mi nie przerywać, ale powinienem się domyślić, że w twoim wypadku nie będzie to takie proste... Od pewnego czasu zajmujesz się, wraz ze swym starszym kolegą po fachu, sprawą tajemniczych ataków na ludzi. Media nazywają sprawców „wampirami”... - Media często dopisują pewne części historii, by podnieść poczytność wydawnictwa... – mruknęła cicho. Właściwie nie dbała o milczenie, do którego się zobowiązała. Fakt, że coraz bardziej wątpliwe było zdrowie psychiczne nieznajomego, pozwolił jej przypuszczać, że może wybadać granice pozornego posłuszeństwa. - To prawda. ale ciebie i tak zastanawiało, czemu do sprawy takiej jak ta oddelegowano Agentów. Czemu tak nagle, po raz kolejny, zaangażowano do sprawy was – ponadludzi, jeżeli mogę was tak określić. Nie wierzyłaś w to, że to jedna i ta sama osoba zabiła to, o ile się nie mylę pięćdziesiąt osób. Miałaś rację. to wampiry. Zakrztusiła się. Przez kilka chwil nie mogła dojść do siebie, po czym podniosła głowę i wydyszała: - Poczekaj. Chcesz mi powiedzieć, że... Jesteś wampirem? Jak na filmach, tak? Nieśmiertelnym, niezwykle silnym i szybkim... – powiedziała cicho, a on skinął głową. Evangeline spojrzała na niego, za wszelką cenę starając się zachować powagę. - Jak to się objawia? – zapytała. – Wypiłeś krew swojego psychiatry? Zamknął oczy. - Sprawą zajmują się Agenci, ponieważ rząd wie o naszym istnieniu. Naukowcy Białego Domu znaleźli w zwłokach z jedenastego września dziwny enzym srebra. Kilka dni później ciała zniknęły. Pojawiły się za to komunikaty o wędrujących w gruzach ludziach, unoszących kamienie i wyciągających martwych spod ruin. Odkryto na nich ślady ugryzień i –mimo licznych oparzeń i złamań, kilkudziesięciu z nich zginęło na skutek wykrwawienia Ktoś postawił odważną teorię istnienia legendarnych stworzeń – wampirów. Obronienie pomysłu zajęło naukowcom trzydzieści trzy lata. Rada podjęła decyzję o ujawnieniu, podjęciu otwartej walki, jeśli ludzie będą próbować nas znaleźć. Większość z nich potraktowała to jednak odrobinę inaczej – zaczęła atakować ludzi. Stąd zwiększona ilość morderstw. Stąd wszystkie dziwne znaki na ciałach. Stąd odkryte ugryzienia. Czy to nie jest logiczne, Evangeline? – zapytał, siadając na skraju łóżka. Pokręciła głową. - Nie wiem, kto opowiedział ci o szczegółach sprawy federalnej, ale najbezpieczniej będzie, jeśli zadzwonię do szefostwa. Przesłuchają cię i znajdą przeciek... – mruknęła, powoli sięgając do telefonu. W gruncie rzeczy, teoria rzeczywiście była całkiem logiczna. Może z wyjątkiem nieśmiertelnych, zabijających ludzi stworzeń. Zaburzenia psychiczne, ot co. Trudność odróżnienia prawdy od fikcji. Skrzyżował ręce. - Co mam zrobić, być mi uwierzyła? – zapytał. Był chyba trochę załamany tym, że nie przekonał jej jego pomysł. A przecież chciał tylko jej pomóc. Jeśli nie będą mieli przewodnika, jego pobratymcy zniszczą ich rasę, nim przyjdzie kolejna wiosna. - Wymyślić lepszą historię? – zaproponowała cicho, z pewną dozą ironii w głosie. Rozbawiona, nie potrafiła nad tym zapanować. Wstał, nerwowo kręcąc się po pokoju. - Dobrze. Szukaj więc znaków i dowodów. A kiedy prawda zyska trochę w twoich oczach, może przybędę znowu, by pomóc opanować sytuację. A może uznam, że nie warto się trudzić, ponieważ nie zobaczyłaś tego, co powinnaś była zauważyć. Balkon otworzył się z hukiem, i po chwili nie było śladu po nieznajomym. Alexander Faust uśmiechnął się łakomie, obserwując wychodzącego z posesji przyjaciela. - A oto wybrana zostanie ta, w której ciemność z jasnością się złączy, by ciemność z jasnością związać. - wyszeptał, nonszalancko przestępując z nogi na nogę. Odwrócił się, i zeskakując z dachu, ruszył przed siebie spokojną, uśpioną ulicą. - A skoro wybrałeś łącznika, mój drogi przyjacielu, niech rozpocznie się bitwa wszechczasów... Wojna to cudowna rzecz... Szczególnie, gdy rozpoczynasz ją jako przyszły zwycięzca, i jako zwycięzca przyjdzie ci ją zakończyć... – dodał, nie przestając się uśmiechać. Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
|
||||
|
|
|
|
|
|
|