![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||
|
Menu
Strona GlownaKsiega Gosci O Mnie Archives
2009marzec (1) kwiecień (3) maj (1) sierpien (1) Links
My own.O tym, jak to Bolleyn. została oceniającą... brak kategorii (6) miłość (6)opowiadanie (6)twilight (6)wampiry (6)wojna (6) Favourites
Credits
credits: Sxc.hu, Pobrano z: Szablony Inventive Powered by blog.pl ![]() |
Powrót wtorek, 11.sierpnia.2009, 10:21
Tak,chyba nawet możecie mnie zabić. Co prawda, sześć ostatnich tygodni spędziłam poza granicami kraju, ale przecież notkę mogłam dodać wcześniej. Cóż jeszcze? Usprawiedliwiam się brakiem weny i ochoty, melancholijnymi nastrojami i różnymi innymi przemyśleniami, o których nie chcecie słyszeć. Ach. Obiecuję się poprawić.!
- Powiem wam, dlaczego. Ponieważ zabójcami są wampiry. Prawdziwe wampiry, nie takie jak w filmach. Żywi Martwi, Zimni Ludzie, Krwiopijcy, Nieśmiertelni, czy jak tam chcecie ich nazywać. Ja jestem Thomas Blake i jednym z nich, do usług. Jeden z członków zespołu zakrztusił się, za wszelką cenę starając się powstrzymać wybuch śmiechu. Część z nich spoglądała to na Toma, to na Evangeline, posyłając sobie nawzajem pobłażliwe półuśmiechy. Była jedyną kobieta w grupie, najmłodszym jej członkiem, dlatego dość często spotykała się z takimi reakcjami na swoje śmiałe teorie, jednak Evans zawsze jej bronił. Popatrzyła na niego z niepokojem – chyba nareszcie reszcie zespołu udało się przekonać go do zastanowienia się nad jej obecnością w owym gronie. - Chcesz powiedzieć... że jesteś wampirem, tak? Pijesz krew, śpisz w trumnie i nie wychodzisz na światło dzienne? – upewnił się i spojrzał na zegarek. Wskazywał dziewiątą dwadzieścia trzy. Tommy uśmiechnął się lekko. - Och, w trumnach nie śpimy już od stuleci, a ponieważ nie urodziłem się wampirem, nie muszę ukrywać się przed światłem. Co do picia krwi... Hm. Jestem tu z powodu mego humanitaryzmu. Piję jedynie zwierzęcą, przez szacunek dla ludzkości – wyjaśnił spokojnie. George, ciemny, żylasty mężczyzna pod ścianą roześmiał się pogardliwie. Inni również nie starali się już kryć rozbawienia. Jack uniósł rękę, w momencie opanowując zespół. Chrząknął cicho. - Panie Blake... - Po prostu Tom. Stwórzmy choć pozory normalności. – Wyjaśnił z lekkim uśmiechem. – Wiem, że nie mamy co marzyć o wzajemnym szacunku i miłości, ale cóż... przecież nie t4rzeba nam nic więcej niż zwykłej symbiozy... Evans wstał, stając między podwładnymi, naprzeciw wampira. - Wybacz mi, ale... Nie chcę, byś źle mnie zrozumiał, jednak ciężko jest... - Tak, wyczuwam wasze emocje. Spodziewałem się czegoś gorszego, choć pogarda dla Evangeline, bijąca od kilkorga z was wyraźnie mnie niepokoi. Chcesz, żebym udowodnił ci, że jestem tym, za kogo się podaję, prawda? – powiedział, po czym w ułamku sekundy zmaterializował się na fotelu Jacka. Kilka osób zachłysnęło się powietrzem, ktoś zaklął. Jack zacisnął nerwowo ręce, mrugając oczami. Ev wiedziała, że teraz rozkłada na części pierwsze ową osobliwą sytuację, zastanawiając się nad wszystkimi znanymi mu sztuczkami na tak szybkie przemieszczanie się. – Ach, kiedyś było prościej. – Przyznał Tom. - Teraz macie tak rozbudowane, zapchane wiedzą mózgi, że nie starcza wam już miejsca na wiarę w podstawowe prawdy. - Jak to zrobiłeś? – zapytał natarczywie George. Na twarzy Toma po raz kolejny zagościł uśmiech. - Cóż. Nie wszystko to, co ludzkość zdołała wymyślić o nas na przestrzeni wieków jest kłamstwem. Rzeczywiście poruszamy się tak szybko, że oko człowieka nawet tego nie rejestruje... Potrzeba wam więcej dowodów? – zapytał uprzejmie. W sali zaległa cisza, kilka osób pokiwała lekko głową, ale chyba tylko po to, by poznać inne możliwości wampira. Nagle Tommy przemieścił się – znów nie potrafiła go dostrzec, póki na moment nie zatrzymał się przy jednym z zebranych, a potem znów pojawił się na swoim miejscu. W ręku trzymał wyjętą z kabury broń. Kilka osób poruszyło się niespokojnie, Evans podniósł rękę na znak spokoju, po czym odezwał się cicho: - Wiesz, że nie musisz... - Proszę cię! – żachnął się Tom, wybuchając śmiechem. – Naprawdę sądzisz, że chcę wam coś zrobić? Gdybym miał ochotę was skrzywdzić, na pewno nie wybrałbym pistoletu! Wstał z fotela i strzelił sobie w dłoń. Evangeline westchnęła i schowała twarz w dłonie, podczas gdy kilka osób wydało z siebie zduszone okrzyki. Arogancja, pewność siebie i całkiem spora doza pogardy. Oto ktoś, kto spędził dziewięćdziesiąt lat w towarzystwie Alexandra Fausta... - Nic mi nie będzie, ale dziękuję za troskę. – Powiedział, rzucając pogiętym od siły uderzenia nabojem w Evansa. Mężczyzna złapał go, dokładnie oglądając uszkodzenia. Tommy uśmiechnął się, czując ogarniający go szok i zachwianie otaczającego go do tej pory poczucia bezpieczeństwa. - Jakim...? – wydusił, podnosząc się z fotela na drżących kolanach. - To nie cud. Nabój uszkodziłby mnie tylko wtedy, gdyby zrobiony był ze srebra. Ale, jak przyznała Ev, wasz zarząd nie pozwala sobie raczej na takie ekstrawagancje. – Wyjaśnił, uśmiechając się promiennie. – Okazuje się zatem, że nie wszystkie legendy, jakimi określano wampiry na przestrzeni wieków to brednie... - Wybaczy pan, że przerywam... – zaczął młody, jasnowłosy mężczyzna, Deryck, do tej pory siedzący w bezruchu. – Ale jak to możliwe, że stanął pan przy mnie, choć mam na szyi srebrny krzyż? Na jakiej zasadzie miałoby działać srebro? Czy jego moc uwydatnia się jedynie przy kontakcie w waszą skórą lub krwią? Tom uśmiechnął się lekko. - Cóż. To, że nie wymyśliliście wszystkiego, nie oznacza, że większość, to prawda. Nie boję się krzyży i wody święconej, ale srebro jest zagadką nierozwiązaną przez naszych naukowców. Tak, mamy własnych naukowców. Niektórzy pracują w waszych instytutach, więc nie powinniście się dziwić. Ale, wracając do tematu, srebro jest dla mnie mniej więcej tym, czym był kryptonit dla Supermana. Twoje srebro nie działa na mnie, bo... hm... nie chcąc cię urazić, nie jest raczej zbyt czyste. Dwadzieścia, może dwadzieścia pięć procent, powiedziałbym na oko... a raczej na skórę, ale tego powiedzenia chyba nie macie jednak w swoim bogatym słowniku zwrotów... Zresztą, nawet czyste, działa na mnie jedynie przez bezpośredni kontakt z moją krwią. Jack powoli zmierzwił ręką włosy. Evangeline pochyliła się w jego stronę, zmartwiona. Dla człowieka, który widział w życiu więcej, niż powinien obecność wampirów była zbyt dużym szokiem. Dusza, która wycierpiała tak wiele, przetrwała tak wiele, nie mogła zaakceptować faktu, że część nierozwiązanych spraw, setki ludzi i marzeń poświęcono, ale nie odkryto prawdy. Poszukiwacz zamarł, gdy udało się mu odnaleźć to, czego szukał. * * * Alexander Faust dumnym krokiem wszedł do sali, w której od kilku godzin nieprzerwanie obradowała Hvåss Archann. Widząc młodego wampira, przemawiający przerwał w pół słowa, nikt jednak nie skomentował jego pojawienia się na całkowicie zamkniętym dla wszystkich spoza Rady Rasy spotkaniu. Ukłonił się lekko przed zebranymi, po czym gestem poprosił ojca o prawo głosu. Christian zastanowił się chwilę, po czym prawie niezauważalnie skinął głową, pozwalając mu mówić. Zasady i ścisła hierarchia, obowiązujące w świecie wampirów wyjątkowo irytowały Alexandra. Cały ten przepych, barokowy blichtr, zdawały mu się być pociągające i odrzucające zarazem. Mimo pozycji, jaką zapewniało mu wysokie urodzenie, spod wspaniałej, lśniącej połyskiem luksusu i wszechmocy otoczki prześwitywała sztuczność i sztywność ram do których musiał się dostosować. On tymczasem skłonny był znieść wszystko oprócz ram. - Wzywałeś, ojcze – powiedział, skłaniając głowę. Radni popatrzyli po sobie, zdziwieni. Stary wampir uśmiechnął się z pobłażaniem, szybko przenosząc wzrok na kolejnych członków Hvåss Archann i uspokajając ich ruchem dłoni. Zaciekawieni, wyprostowali się. - Prawda – stwierdził po chwili. – Widzisz, zajmujemy się teraz sprawą twego tworu... Thomasem Blake’m. Pamiętasz, czyż nie? - Tak, ojcze. - Nie masz mi nic do powiedzenia na jego temat? – zapytał stary Faust. Aleksander opuścił głowę pod naporem woli ojca. A jeśli...? Jeżeli wiedział o tym, że ma kontakt z Tomem? Jeżeli jakimś cudem udało mu się poznać prawdę o jego oddziałach i zinfiltrować je? Czyżby nawet między Strażnikami jego bezpieczeństwo i samodzielność miały zostać zagrożone? - Ja... Nie, ojcze – odpowiedział cicho, podnosząc oczy. Jego spojrzenie przez moment skrzyżowało się ze wzrokiem Christiana – stary wampir na próżno szukał w nich cienia uczucia. Czasami martwił się tym – jakim sposobem ktoś tak egoistyczny ma poprowadzić Rasę do zwycięstwa? - Nie masz z nim kontaktu? - Nie, ojcze. - Nie potrafisz go znaleźć? Synu, musisz mieć świadomość, że Thomas bezpośrednio nam zagraża! Sprzedaje nasze sekrety ludzkim służbom! Nie wątpię, że nie przeszkodzi to nam... - Skoro wam to nie przeszkodzi, to w czym problem? – zapytał, podnosząc głos. Dopiero po chwili opanował się, opuszczając głowę i mamrocząc nieskładne przeprosiny. - Wiesz, jaka jest kara za zdradę Rasy! Przez twarz Alexandra przepłynęła iskra bólu; skrzywił się na wspomnienie, które przesłał mu ojciec. - Przestań! – syknął, wplatając dłonie we włosy, jak gdyby mogło to pomóc w pokonaniu i odsunięciu obrazów, które widział. – Przestań!!! Powoli osunął się na kolana; dysząc ciężko. - Znajdziesz i zabijesz. Rozumiesz? – wycedził stary wampir, wstając i zatrzymując się nad synem. - To nie jest... aach! – jęknął znowu, kiedy kolejne z myśli ojca przelały się do jego umysłu. – Przestań! Przestań, dobrze! – krzyknął. Podniósł umęczony, pełen nienawiści wzrok i wbił go w twarze zebranych. Byle dalej od stojącej nad nim, obranej w długą szatę postaci. - Co powiedziałeś? – zapytał Christian Faust nadspodziewanie przyjemnym głosem. Alexander spojrzał na niego wściekłym wzrokiem, podnosząc się z podłogi. - Jak sobie życzysz ojcze... – mruknął, skłaniając głowę. * * * - Nie podziękujesz mi? – zapytał, idąc obok niej ponurą, uśpioną ulicą przedmieść Waszyngtonu. Nieprzenikniony wyraz twarzy nie wróżył dobrze – najwyraźniej się czymś martwił lub chciał zataić przed nią jakiś fakt. - Za przedstawienie, które odstawiłeś na początku, czy na końcu rozmowy? Tak tak, właśnie szykuję się do owacji... – odrzuciła wściekle, wbijając ręce w kieszenie. Wiatr dął niemiłosiernie, niosąc ze sobą mokre, lepkie płatki śniegu. Nienawidziła takiej pogody. Jej żywiołem było słońce, ciepłe wody lazurowego morza. Teraz, patrząc przez ciemną płachtę na zarysy domów i drzew, czuła się jeszcze bardziej zagubiona. - Wiesz, że inaczej by mi nie uwierzyli. Zresztą, i tak zgodzili się spełnić jedynie jedno z moich trzech wygórowanych żądań. Czy to naprawdę takie dziwne, że ktoś chce ich przeszkolić, by uratować im życie? – poskarżył się, krzywiąc tak, jak gdyby naprawdę czyniłoby mu to różnicę. Tak, rzeczywiście, Evans zgodził się zapytać szefostwa o srebrne kule, jednak kobieta była zbyt zmęczona, by się tym ucieszyć. - Zresztą, i tak nie powiedziałem im całej prawdy – dodał. W jej oczach pojawił się błysk ciekawości. - Wiesz, w naszej historii było wiele oznak buntu przeciw... Nagle Tom wyciągnął rękę przed siebie, zatrzymując ją i przykładając jej palec do ust. Popatrzyła na niego z niezrozumieniem, ale on tylko wskazał na niebo, drzewa i powietrze. Dopiero po chwili udało jej się pojąć, o co chodzi. Wiatr zamilkł, podobnie jak wszystkie inne odgłosy nocy. Tommy powoli skinął brodą w kierunku skrzyżowania ulic, skąd zbliżała się do nich dziwna, biała jak mleko mgła. Evangeline zachłysnęła się powietrzem. - Co to? – zapytała drżącym głosem, ale on nie odpowiedział. Stanął przed nią, a jedyne, co zobaczyła, to błysk w ciemniejących z nagła oczach. Wytężyła wzrok, starając się zauważyć to, co tak bardzo zaniepokoiło wampira; mgła miejscami ciemniała, miejscami zaś wciąż pozostawała mlecznobiała. Dopiero po kilku chwilach udało jej się dostrzec, że ciemniejsze plamy to nie walory, ale zarysy zbliżających się postaci. Zbliżały się do nich, powoli i majestatycznie krocząc wzdłuż ulicy. Wstrzymała powietrze. Już wiedziała, dlaczego Tom reagował w ten sposób. Kilkanaście metrów przed nimi, w nonszalanckim rozkroku i z pogardliwym uśmiechem na ustach, stały trzy postaci. Jedna z nich, ciemnoskóra kobieta, uniosła delikatnie podbródek i spojrzała ciekawie na Skuloną za plecami Thomasa Evangeline. Wampir wyprostował się instynktownie; jego twarz stężała. - Aone. – Powiedział cicho, lekko skłaniając głowę. Evangeline wzdrygnęła się. Słyszała o niej w opowieściach Toma, jednak dopiero teraz, kiedy w jego głosie zadźwięczał szacunek dla jej imienia, naprawdę się przeraziła. Opuszczając głowę, zastanowiła się, czym właściwie jest wobec takiej potęgi, piękna i siły, wobec tego, co nie może zostać zwyciężone. Jaką przeszkodą może być jakikolwiek człowiek, kiedy na własnej skórze odczuwa ten paraliżujący, odbierający resztki pewności siebie lęk przed istotami bardziej idealnymi niż wszystko, co do tej pory zdawało się być doskonałe? Wampirzyca postąpiła krok do przodu, jakby w oczekiwaniu na następny ruch dawnego towarzysza; Tom warknął cicho. - Ach tak! – na twarzy ciemnoskórej pojawiło się zdziwienie, jak gdyby dopiero teraz przypomniała sobie o jej obecności. Roześmiała się; lekki, dźwięczny odgłos przetoczył się przez ciemność ulicy. – Chyba nie myślisz, że ją skrzywdzę... – zapewniła go. - Ostatnim razem również mnie o tym zapewniałaś, po czym... Jej twarz znów ozdobiła radość. Evangeline wyprostowała się, oczarowana jej pięknem, kiedy przeniosła swój wzrok na jej postać. - „Wierny przyjaciel potężna obroną, kto go znalazł, skarb znalazł”...* - wygłosiła Aone melodyjnym głosem, skłaniając lekko głowę. Uśmiechnęła się po raz kolejny, tym razem jednak oczy zatrzymała na agentce, i nawet, jeżeli starała się odrzucić od siebie to uczucie, pod ogromną dozą pogardy i obrzydzenia, w barwie słów Tommy z niedowierzaniem i zdziwieniem odszukał nikłe ślady życzliwości. - Ty... – zaczął, ale uciszyła go ruchem ręki. - Och, bynajmniej nie przyszłam... – przerwała, szukając odpowiedniego słowa na określenie małych domków na przedmieściu – typowego, ludzkiego, bezpiecznego osiedla. - ...do tego... miejsca, by wdawać się w czcze pogawędki z miłośnikiem człowieczego istnienia. On cię oczekuje... Nabożeństwo, z jakim wypowiedziała ostatnie zdanie, przywołało nieprzyjemne wspomnienia. Wciąż nie mógł pogodzić się z czcią, jaką zwolennicy Alexandra otaczali jego osobę. Był dla nich nie tylko ojcem – był bóstwem, nieosiągalną doskonałością, połączeniem wszystkich cech prawdziwego wampira – siły, piękna, przenikającego wszystko dookoła zła, zapachu niesionego bólu i cierpienia, słodkawej woni śmierci. Z dumą godną króla obnosił się swoim pochodzeniem i wynikającymi z tego przywilejami. Pamiętał, jak sam, zafascynowany idealnością istnienia Fausta, znosił upokorzenia i rozkazy bez mrugnięcia okiem. Wciąż miał w głowie obrazy składanych mu w ofierze niewinnych ludzi. Tak. Był bóstwem dla tych, którzy pragnęli osiągnąć to, co niemożliwe, ponieważ swoją obecnością potwierdzał, że żadna potęga nie jest w stanie zagrozić wampirowi. Bogiem Potępionych, bo któż inny wysłuchałby modlitw bezdusznych, wiecznych morderców? Bogiem serc, które przestały bić. żył, w których od dawna płynęła krew zabitych ludzi. Z ociąganiem spojrzał pełnym obawy i dziwnej czułości wzrokiem na stojącą za jego plecami Evangeline, po czym westchnął cicho. - Nie teraz... Aone odrzuciła włosy z twarzy. Pokręciła głową. Białe zęby błysnęły w świetle latarni, kiedy rozchyliła usta. Kojarzyło jej się to z rozkosznym uniesieniem w rękach kochanka. Zafascynowana gracją i lekkością ruchów wampirzycy, uśmiechnęła się nieświadomie. Do rzeczywistości przywrócił ją cichy syk jednego z tych, którzy stali za plecami ciemnoskórej piękności. Tom nastroszył się, zaniepokojony, ta jednak jedynie podniosła rękę, uciszając swego towarzysza. - Nie możesz denerwować się na Roberta, dobrze o tym wiesz. – Rzekła, unosząc brwi. – Nie masz prawa, by decydować o tym, kiedy Alexander Faust wzywa cię do siebie. I nie masz możliwości odmowy. - Nie jestem już Strażnikiem! – odpowiedział, coraz bardziej zdenerwowany. Palce Aone rozszczepiły się i wyprostowały. Evangeline wstrzymała oddech, przygotowując się na atak. - Wciąż pozostajesz jednak wampirem, Thomasie. – Zauważyła chłodno. - Wolnym duchem o wolnej woli. - Nie każ więc nam niewolić twego ducha... Teraz nie miał już wątpliwości, że uroczą, uspokajającą melodią jej głosu wstrząsnęła niedostrzegalna prawie groźba. Słodycz i ukojenie przybrały nagle barwę dojrzałego czerwonego wina – kolor lekkiego poirytowania. Wiedział, że, podobnie jak wszyscy Gwardziści, nie znosiła sprzeciwu. Rozłożył ręce w geście poddania się. Nie mógł ryzykować otwartego starcia, nie znając możliwości towarzyszy wampirzycy. Nie mógł ryzykować życia swojej, przecież tak delikatnej, ludzkiej przyjaciółki. - Pójdę, kiedy tylko ona znajdzie się bezpieczna w swoim domu. – Mruknął zrezygnowany, wskazując podbródkiem na Evangeline. - Pójdziesz teraz – odrzekła Aone. – Albo ją tu zostawisz, albo weźmiesz ze sobą, co, z całym szacunkiem dla jej osoby, wydaje mi się niezbyt rozsądnym wyjściem. To jednak decyzja należąca tylko i wyłącznie do twego obdarzonego wolną wolą ducha... Evangeline delikatnie dotknęła dłonią ramienia przyjaciela. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz, nie potrafiła mu jednak przypisać konkretnego powodu. Strach? Nie. Kiedy była przerażona, lęk obezwładniał ją, nie pozwalając na odnalezienie w umyśle choćby najprostszej myśli. Odbierał głos i czucie w ciele. Zimno? Przecież nie odczuwała chłodu... - Tom? – zaczęła ostrożnie. Odwrócił się, spoglądając na nią zmienionym wzrokiem. Było w nim tyle niepewności, tyle zmęczenia... Już nie widziała w nim tej namiastki nadziei, którą wyczuwała w każdym jego słowie, w każdym uśmiechu. Na jego twarzy malowała się jedynie smutna świadomość przegranej, myśl, że nie zdoła uciec. Że nie da rady zapewnić bezpieczeństwa nawet sobie, a co dopiero stworzeniu tak kruchemu i słabemu jak ona...? - Tom, chcę iść z tobą... Proszę, zabierz mnie ze sobą! – powiedziała. Przeklinała siebie za rozpaczliwą nutę w swym głosie, za źle odczytane przez niego drżenie. Popatrzył na nią znów, tym razem jednak pokręcił głową. - Nie możesz. Aone roześmiała się pogardliwie, na twarzach jej towarzyszy również pojawił się grymas rozbawienia pomieszanego z pewną dozą obrzydzenia. - Jeżeli tylko sobie życzysz, Robert odprowadzi ją do domu. Obiecuję, że zbytnio jej nie uszkodzi, choć... - Nie! – z ust Thomasa uleciało niskie, gardłowe warknięcie. - Więc chodź. Teraz. A ją zostaw tu. Evangeline spojrzała smutno na wampira i pokiwała głową. - Idź… Poradzę sobie... – mruknęła, krzyżując ręce. - Wiesz, że oni... - Idź. Nikt mnie nie skrzywdzi. – Przerwała mu szybko. Aone westchnęła ze znużeniem. Zawahał się chwilę, po czym skinął potakująco. - Pojawię się, kiedy tylko stamtąd wyjdę. Sprawdzę, czy wszystko w porządku... – dodał, patrząc ostrzegająco na wampirzycę, która jedynie wzruszyła ramionami. – Do zobaczenia – zdążył powiedzieć jeszcze, zanim nie odszedł z pozostałą trójką i nie zniknął w mgle. Ukryła twarz w dłoniach. Powiedział „kiedy”, nie „jeśli”. Kiedy. Po bladym, zmęczonym policzku spłynęła pojedyncza łza. Spadła na ziemię, zanim podniosła głowę, otarła twarz i pewnym siebie krokiem ruszyła w stronę domu. *Mądrość Syracha 6, 14 Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (6), Dodaj
6 komentarzy Następne 1 Poprzednie
|
||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|
|
|
|
|
||||||||||||||||||||||||