![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Menu
Strona GlownaKsiega Gosci O Mnie Archives
2009marzec (1) kwiecień (3) maj (1) sierpien (1) Links
My own.O tym, jak to Bolleyn. została oceniającą... brak kategorii (6) miłość (6)opowiadanie (6)twilight (6)wampiry (6)wojna (6) Favourites
Credits
credits: Sxc.hu, Pobrano z: Szablony Inventive Powered by blog.pl ![]() |
Powrót 8/9 listopada 2034r. " Jestem Thomas Blake..." środa, 6.maja.2009, 17:52Udało się. Po egzaminach,odstresowana, wracam z nowym rozdziałem. Czy jest dobry, cóż, nie do mnie należy ta ocena.
Uderzył w drzwi tak mocno, że wgniótł obijającą je stal. Raz, drugi, trzeci. Dopiero po chwili usłyszał ciche przekleństwa i kroki na schodach. Automatyczny zamek odsunął się po wbiciu czternastocyfrowego kodu i ujrzał ją, zaspaną, półprzytomną, w starym t-shircie z logo Akademii i spodniach od dresu. Jedną ręką próbowała ułożyć roztrzepane podczas snu włosy, drugą opierała na klamce. Jej usta rozwarły się w potężnym ziewnięciu. - Co ty tu... – zaczęła, przecierając oczy – robisz? Dziś miało cię nie być... - Byłem w Life’s End. – Powiedział, a widząc na twarzy dziewczyny wyraz niezrozumienia, dodał: - Rozmawiałem z Alexandrem, Evangeline... Jej oczy otworzyły się szerzej, kiedy gwałtownie zacisnęła palce na klamce. - Jak to? – zapytała, gestem zapraszając go do środka. - Normalnie. Znalazł mnie. Jego strażniczka przyszła do mnie więc... - Czemu tam poszedłeś? – przerwała mu szybko. – Czemu mi nie powiedziałeś, nie zabrałeś ze sobą?! - Przecież wiesz, dlaczego. To nie było miejsce dla ciebie. Ale teraz nie przerywaj mi więcej – rzucił, wskazując jej kanapę. – Mamy cztery dni, bym opowiedział ci o wszystkim. Przekazał najpotrzebniejsze informacje. Usiadła, ale zaraz potem wychyliła się do niego z odurzeniem. - Co? Przecież mówiłeś, że w najgorszym wypadku... - Pomyliłem się. Milczenie, które zapadło między nimi, zdawało się przeciągać się w nieskończoność. Tom opuścił głowę, po czym pokręcił nią, dając upust swojemu rozżaleniu. - Tak bardzo cię przepraszam, Evangeline... Tak bardzo mi przykro, że naraziłem cię na takie niebezpieczeństwo... Gdybym wiedział, że to już, że decyzja zapadnie tak szybko, zapewne w ogóle bym cię nie angażował. Uśmiechnęła się lekko. - Nie wiedziałam, że wampiry potrafią panikować. - Przedstawiam ci fakty, a ty... - Co do faktów, są ważniejsze informacje, które powinieneś mi powiedzieć. Cztery noce. Alexander Faust i jego straż. Hierarchia w świecie wampirów. Mobilność i liczebność, jak również możliwości. I wreszcie, jak to zabić... – powiedziała. Jej twarz stężała – nie wyrażała teraz niczego poza zaciętością i hardością. Dłonie, zaciśnięte w pięści ułożyła na kolanach. Tom pokręcił głową z niedowierzaniem. A więc jednak wybrał odpowiednią osobę. - No, dalej – zachęciła go. – Chyba nie zerwałeś mnie z łóżka po to, bym mogła patrzeć, jak się umartwiasz. Jutro pójdę do Jacka Evansa i spróbuję przekonać go do tego pomysłu. Wzruszył ramionami, patrząc, jak podchodzi do barku i nalewa sobie z kryształowej karafki złotawego napoju. Zamiłowanie do whisky było jedynym śladem bogatego pochodzenia. - Alexander Faust urodził się na przełomie szesnastego i siedemnastego wieku, jako jeden z niewielu potomków dzisiejszych Radców. Współcześni członkowie Hvass Archann bardzo boją się utraty władzy, tymczasem decydując się na dziecko, świadomie zrzekają się nieśmiertelności. Oczywiście, nie umierają od razu, od tej chwili jednak zaczynają się starzeć, by po około sześciu, siedmiu wiekach odejść z tego świata. Mówi o sobie, że w jego żyłach płynie angielska krew, ponieważ miejscem jego narodzin był dwór królewski Wielkiej Brytanii. Okres dorastania u wampirów trwa około dziesięciu, jedenastu lat. Alexander, jako przedstawiciel Pierwszej Krwi, wcześnie zaczął objawiać swoje wyjątkowe zdolności. Przedmioty, które chciał mieć, same wpadały mu do rąk, ludzkie istoty same wchodziły do jego domu, a tym, których nie chciał słuchać, jakby głos nagle uwiązł w gardle. Jest telekinetą, jednak nie w typowo ludzkim tego słowa znaczeniu. Jego siła objawia się w szczególny sposób – dzięki niej może w dowolny sposób manipulować nie tylko ciałami, ale również umysłami innych. Potrafi zmusić cię, byś myślała o tym, o czym on chce, abyś myślała! – rzucił wściekle. Dopiero po chwili podjął znowu swą opowieść. - Musisz zrozumieć, jakie to okropne uczucie, kiedy czujesz te potworne myślowe macki w swym umyśle i choć wiesz, że nie są to twoje odczucia, nie możesz wyrzucić ich z głowy! Czasem, to prawda, pokazywał mi kojące drogi, pozwalając odnaleźć mojej duszy spokój. Momentami otwierał horyzonty na wspaniałe wizje, których nie śmiałem przywoływać własnym wysiłkiem... Ale... bywały też chwile... – jego pięści zacisnęły się mimowolnie – Evangeline, widziałem, jak pod wpływem tych obrazów istoty silniejsze ode mnie i od ciebie upadały z jękiem rozpaczy na kolana! Stałem obok, kiedy Faust wymuszał na nich rzeczy, na które nigdy nie zgodziłby się nikt o zdrowych zmysłach, mając nadzieję, że przyniesie im to ulgę w cierpieniach... Jego moc jest może i nadzwyczajna, ale... za żadne skarby w świecie nie chciałbym jej posiadać, gdybym miał wykorzystywać ją w ten sposób... – powiedział, kręcąc głową. Wstał z fotela i podszedł do okna, patrząc, jak pierwsze płatki czystego śniegu przesłaniają zieleń traw, sprawiając, że świat na ułamek sekundy stawał się lepszy. Zamknął przepełnione smutkiem oczy, pozwalając powiekom przesłonić obecną w nich tęsknotę, żal, którego w żaden sposób nie dało się unicestwić ani zapomnieć. Kiedy widziała go takim, jak teraz – smutnym, dziwnie zgarbionym i zagubionym, nachodziła ją ochota, by podejść do niego i objąć go choć na moment swymi ciepłymi, ludzkimi ramionami, nie miała jednak pojęcia, jak mógłby zareagować na taki gest – czyn typowo człowieczy, pełen ludzkiego współczucia i empatii, nie tyle matczyny co przyjacielski. - Dziesięć lat później był już na tyle niezależny od rodziny, że, zafascynowany siłami drzemiącymi w wampirzych myślach, postanowił sobie, że zbierze własną, niepodległą jego ojcu straż. Bardzo ostrożnie dobierał każdego gwardzistę. I tak dołączyła do niego Aone – niezwykła, czarnoskóra wampirzyca, której wiatr przynosił informacje o obecnych wydarzeniach, Vincent i Ignatius – potrafiący roztaczać osłonę nad swymi towarzyszami, oraz wielu, wielu innych – wszyscy nietypowo silni i okiełznani siłą Alexandra. Byłem jednym z nich. Dziesiątym z jego towarzyszy, jedynym, który się wyłamał i odszedł. Większości wampirów jest u niego dobrze. Zawsze mają pod dostatkiem świeżej krwi, żyją w luksusach, na jakie nie mogliby sobie pozwolić, gdyby ich odrzucił. Czują się panami świata, choć tak naprawdę są jedynie pionkami, a Alexander nie przykłada większej uwagi do tego, co się z nimi dzieje. Teraz, jest ich trzynastu plus minus dziesięciu adeptów, którzy przygotowują się do zajęcia swego miejsca przy jego boku. Westchnął cicho. - Gdybyś kiedykolwiek miała okazję z nim porozmawiać, stwierdziłabyś zapewne, że jest najbardziej nieprzyjemną i sarkastyczną istotą, jaką udało ci się poznać. Ale... Nie zrozum mnie źle, w żaden sposób nie staram się go usprawiedliwić, jednak jego zachowanie to tylko pozory... – przerwał na chwilę, wyraźnie zastanawiając się, jak najłatwiej mu będzie przedstawić to, co chciał jej przekazać. Oparł się o skórzane obicie kanapy, wyraźnie chcąc uniknąć jakiegoś tematu, ale zaraz potem z rozczarowaniem uniósł dłonie w geście poddania. - Kiedy... Gdy Alexander zabrał mnie do swego domu po ty, jak... mnie ugryzł, zostawiał mnie samemu sobie na całe noce. Kiedy jednak nastawały dni, a jego znajomi znikali... Mówił do mnie. Całymi godzinami potrafił przesiadywać przede mną, opowiadając mi o swoim życiu. Podczas, gdy ja wiłem się w cierpieniach na podłodze, modląc się o śmierć, on ze skrzyżowanymi nogami i rękami opartymi za plecami opowiadał mi o tym, o czym przedtem nie wiedział nikt. Nie robił tego po to, by uczynić mnie swym przyjacielem i ulżyć mi w bólach. On... Alexander, został wychowany przez ojca, którego interesowały jedynie sprawy rasy. Nie znał matki – choć to rzadkie wśród wampirów, umarła przy porodzie. Christian pragnął mieć przynajmniej dwoje dzieci, co z pewnością zapewniłoby mu przetrwanie. Był wściekły na syna, że zabił Alexis. Mimo, iż w swoim świecie jest kimś w rodzaju królewicza, nigdy nie czuł się kochany, potrzebny... Był wyrzutkiem z powodu losu, który zgotował mu ktoś inny. Jak nikt potrzebował powiernika. Wybrał mnie, bo... - odwrócił głowę i spojrzał w sufit, wyrażając swoje zniecierpliwienie. Choć opowiadanie historii Fausta nie sprawiało mu jako takich trudności, wyraźnie miał problemy z zaakceptowaniem własnej roli w życiu stworzyciela. - Widzisz, jako nowonarodzony, nie powinienem pamiętać niczego sprzed przemiany, nie wspominając już o samym momencie przejścia. Podejrzewam, że to nawet nie mój talent sprawił, że chciał zatrzymać mnie przy sobie. Wiedziałem zbyt wiele o tym, co go boli, znałem każdy słaby punkt! Mówił mi o tym, jak bardzo chciałby odczuć dumę ojca. Jak bardzo pragnął jego akceptacji. Jak bardzo nienawidził tego, kim musiał być. Oczywiście nie mówię o jego wampirzej naturze, to akurat mu się podobało. Nigdy nie żałował żadnego z odebranych żyć. Nie chodzi mi również o Pierwszą Krew, bo to również było powodem do dumy. Nienawidził jednak swojej natury samotnika i pociągu do zwykłego szczęścia. Tego, że jednak zdarzało mu się miewać uczucia. Odrzucił je więc, na potrzeby ironicznej postawy, będącej wyrazem wysokiego urodzenia i pogardy dla otoczenia. I takim został aż po dziś dzień... – zakończył, swoją opowieść Tom. Cisza, która zapadła pomiędzy nimi, zdawała się przeciągać w nieskończoność. Evangeline poruszyła się niespokojnie w zagłębieniu kanapy. - Co to znaczy, że czasami zdarzało mu się mieć uczucia? Mówiłeś, że... - Czy to tylko twoja natura, czy twoje zainteresowanie jego osobą naprawdę staje się lekko niepokojące? – przerwał jej z lekkim uśmiechem. Nie odpowiedziała, odwracając wzrok. Na jej policzki wpełzł rumieniec zawstydzenia. Może rze4czywiście zbyt bardzo angażuje się w sfery uczuciowe, chcąc być czytelniczką pięknego romansu, zamiast żołnierzem w bezlitosnej, nierównej wojnie? - Och, nie rumień się tak – rzucił po chwili Thomas, wracając do pozycji siedzącej. – Mnie też czasami zdarza się zażartować, mimo mojej natury cierpiętnika... – dodał. Nagrodziła jego starania wyprostowania lekko niezręcznej sytuacji uśmiechem pełnym wdzięczności, przy okazji zastanawiając się, ile jeszcze nocy z rzędu będzie w stanie zarwać, by być w miarę zdatną do użytku. Nienajłatwiejsze dni, pełne pracy nad sprawą z pozoru nie do rozwiązania, poirytowanie szefa i ciągły bieg, badanie sytuacji w Agencji, sprawdzanie, czy będą skłonni uwierzyć w ich historię wcale nie upraszczały jej życia. - Tylko raz Alexander poznał smak miłości. Jeden, jedyny raz dowiedział się, co to znaczy zmieniać się dla kogoś. Ona miała niezwykły talent – czytała w myślach. Była piękna, mądra i dobra, choć nie pochodziła z żadnego z wielkich wampirzych rodów. Na imię było jej Gaienne... Tak pięknie o niej mówił. Opisywał wszystko, z właściwą sobie pasją i widoczną już na pierwszy rzut oka miłością. Ale cechy, które w oczach jednych będą podziwiane, w mniemaniu innych stają się problemem. – Jego twarz przybrała nagle zaciętości. Nie mogła pojąc wszystkich emocji, jakie targały Thomasem podczas opowieści. Ból. Złość. Smutek. Czułość, a teraz ta dziwna empatia. Nie potrafiła zrozumieć, jak jedna osoba, tak niewielkie i proste stworzenie może mieścić w sobie tyle uczuć względem drugiej istoty. Nagle uświadomiła sobie, dlaczego tak jest. Tom, mimo całego zła, jakim naznaczona była jego ścieżka u boku Alexandra, całym sercem kochał swego stwórcę. Był dla niego nie tylko ojcem – był też bratem i dzieckiem, katem, ale również wybawicielem. I choć tak bardzo starał się go znienawidzić, nie potrafił pozbyć się dziwnego poczucia obowiązku, potrzeby zachowania w sobie miłości dla tego, który przez brak owej miłości stał się potworem. - Christian Faust bardzo źle przyjął wiadomość o wybrance syna – nie tylko w żaden sposób nie pasowała do standardów prezentowanych przez dwór, nie tylko była bezpłodna, ale również dziwnie nieugięta w swoich poglądach. Nie dotykała ludzkiej krwi. Nie korzystała ze swych mocy, jeżeli nie było takiej potrzeby. Chciała zachować w sobie jak najwięcej tego, co kiedyś nazwałaby człowieczeństwem. Na jednym z balów kazano jej zabić istotę ludzką – to dość częsty proceder na tego typu przyjęciach, żywe przekąski są zazwyczaj smaczniejsze – ale ona odmówiła. Podejrzewam, że wiesz, co stało się potem... – mruknął, patrząc na zegar. - Och, już dnieje... – zauważył ponuro. - Opowiedz mi o tym, co było dalej... – poprosiła cicho, odstawiając pusty kubek na ławę. - Czy to nie jasne? Kiedy na twarzach zebranych pojawiły się kpiące uśmiechy, a tłum zaczął szeptać o barbarzyńcach, Alexander, bojąc się reakcji ojca, nie zareagował. Gdy Christian wygłosił imponującą tyradę na temat konsekwencji wyłamania się od zasady picia krwi ludzi, Gaienne odrzekła, że barbarzyństwem nie są jej poglądy, ale samo odbieranie życia niewinnym. Zebrani domagali się zabicia tej, która nie dostosowuje się do zasad rasy i obraża jej przywódcę, a dla niego był to jedynie wygodny argument na usprawiedliwienie tego czynu. Wyrok wykonano następnej nocy, mimo protestów Alexandra starszy Faust nie zmienił zdania. Powiedział synowi, że ratuje tylko dobre imię rodu, i ją unicestwił. – Zakończył. – A teraz zbieraj się. Musimy już iść... Poruszyła się, podnosząc brew. - Dokąd? - Jak to, „dokąd”? Do gmachu Agencji, czy to nie oczywiste? – uśmiechnęła się promiennie, słysząc te od tak dawna wyczekiwane słowa. - Wydaje mi się, że mam po pogadania z twoim szefem... * * * - Jack?! – krzyknęła, dostrzegając sylwetkę dowódcy znikającą w drzwiach windy. – Jack, zaczekaj! Ujrzała ciemną głowę, wychylającą się ciekawie z pomieszczenia. Rzuciły jej się w oczy ciemne, potężne sińce pod jego oczami i lekko przygarbiona sylwetka. Odruchowo złapała Toma za rękę, truchtem biegnąc w stronę szefa. Poczuła dreszcz, jaki wstrząsnął jego ciałem, kiedy dotknęła jego zimnej skóry rozgrzaną dłonią. - Jack, mam ci coś do powiedzenia. Właściwie to... my mamy ci coś do powiedzenia. – Poprawiła się szybko, nerwowo spoglądając na towarzysza, nic jednak nie wskazywało na to, by zmienił zdanie. - Dobrze – rzuciła Evans z roztargnieniem. – Przejdźmy do sali konferencyjnej, już za nas czekają, a wtedy... - Zależy nam na w miarę tajnej rozmowie – przerwał mu Thomas stanowczym głosem, zanim Evangeline zdążyła cokolwiek powiedzieć. Jack spojrzał na niego z mieszaniną zaskoczenia i irytacji. Nie był przyzwyczajony do takiego podejścia ze strony niezaangażowanych rozmówców. Zwykle to on przybierał raczej postawę ze skierowaniem na atak, co pozwalało mu odnaleźć się w świecie pełnym wszelkich rodzajów zła. - Cóż, zapewniam, że nie wyjdzie to poza nasze grono... Tom spojrzał na dziewczynę z lekkim rozeźleniem. Uświadomiła sobie, że od początku wiedział, iż Evans nie zgodzi się na rozmowę w cztery oczy i to dlatego tak długo z nią zwlekał. Od początku miał przed oczami wizję siebie przed jedenastoma członkami zespołu, mówiącego o rzeczach tak nieprawdopodobnych, że momentami głupich, jak powiedziałby człowiek w swym rozumowaniu. - Dobrze. – Odrzekł z tym samym, pewnym siebie tonem. Po chwili wkroczyli do sali konferencyjnej, pełnej plastikowych kubeczków walających się po wyłożonej cienkim dywanem podłodze i tablic, zapisanych skrupulatnymi notatkami na temat każdego ze stu jedenastu morderstw. Powitał ich cichy pomruk innych, zaskoczonych obecnością nowej osoby, która, zanim Evangeline zdążyła zareagować, weszła powolnym, nonszalanckim krokiem na podest i odwrócił się twarzą do zebranych. Dziewczyna jęknęła cicho, wiedząc już, jakiego przedstawienia będzie świadkiem. - Chcecie wiedzieć, czemu nie możecie znaleźć śladu zabójców wszystkich tych ofiar? – zapytał, wodząc wzrokiem po twarzach agentów. Milczeli. Evans usiadł za swym skórzanym fotelu, również wbijając wzrok w nieznajomego przybysza. - Powiem wam, dlaczego. Ponieważ zabójcami są wampiry. Prawdziwe wampiry, nie takie jak w filmach. Żywi Martwi, Zimni Ludzie, Krwiopijcy, Nieśmiertelni, czy jak tam chcecie ich nazywać. Ja jestem Thomas Blake i jestem jednym z nich. * * * Księga się uśmiecha do tych, którzy pragną być informowani. Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (13), Dodaj
13 komentarzy Następne 1 Poprzednie
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|
|
|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||