![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Menu
Strona GlownaKsiega Gosci O Mnie Archives
2009marzec (1) kwiecień (3) maj (1) sierpien (1) Links
My own.O tym, jak to Bolleyn. została oceniającą... brak kategorii (6) miłość (6)opowiadanie (6)twilight (6)wampiry (6)wojna (6) Favourites
Credits
credits: Sxc.hu, Pobrano z: Szablony Inventive Powered by blog.pl ![]() |
Powrót 8 listopada 2034r. "Life's End" poniedziałek, 20.kwietnia.2009, 19:34Kolejna część. Postaram się odpowiedzieć na wszystkie zamieszczone pod nią komentarze, ale nic nie gwarantuję. Testy mnie męczą.
Stanął przed wrotami zajazdu, po raz kolejny głośno wydychając powietrze. Sam nie wiedział, czy boi się tego spotkania. Czuł, że sytuacja obezwładnia go, pozbawiając możliwości realistycznego myślenia. Ukrył twarz w dłoniach, rzucając ponure spojrzenie w stronę monumentalnego budynku, do którego zaraz miał wejść. Nie zmienił się zbytnio, odkąd opuścił go ponad cztery dekady temu – wyglądał może odrobinę mroczniej i bardziej nieprzyjaźnie, co zapewne było zasługą nieprzerwanie płynącego czasu. Dwie młode dziewczyny, niewątpliwie ludzkiego pochodzenia minęły go i, zanosząc się głośnym śmiechem, weszły do środka. A więc jednak nadal odbywały się tu schadzki. Jak mógł pomyśleć, że Alexander zaprzestanie takiego procederu? Przecież uwielbiał sprawdzać, na ile się kontroluje. Westchnął, przekraczając próg „Life’s End”. Nazywając tak to miejsce, Faust wykazał się niebywałym poczuciem humoru. Ironia była od starannie wypolerowanych, złotych liter, choć zapewne nikt z ludzi jej nie zauważał. Ilu z nich straciło tu życie? Tom zastanawiał się, czy lepiej jest liczyć w setkach, czy w tysiącach. Zajazd otworzono pierwotnie w Londynie u zarania siedemnastego wieku, w czasach, kiedy jeszcze uważano wampiry za realne zagrożenie życia człowieka. Mimo to, piękne twarze przebywających tam osobistości skutecznie przyciągały klientelę. Po dwóch stuleciach, wraz z wyjazdem Alexandra i jego świty do Stanów, otworzono też jego drugą siedzibę, właśnie w Waszyngtonie. W chwili obecnej w każdym kraju wampiry mogły poszczycić się takim miejscem. Nie musiał długo szukać swego stworzyciela – inni, uśmiechając się zdawkowo, jak gdyby dobrze go znali, szybko schodzili mu z drogi, pokazując, w którą stronę powinien zmierzać. Wkrótce potem dotarł do ogromnych, bogato zdobionych drzwi. Stanął przed nimi, usiłując zebrać myśli. Tak, jak podejrzewał, otworzyły się chwilę potem. Stanęła w nich młoda wampirzyca. - Wejdź – powiedziała cicho, po czym dodała, prawie z nabożeństwem – On już cię oczekuje. Nie wiedząc, co może odpowiedzieć, postanowił milczeć, przyglądając się ciekawie swej przewodniczce. Nie znał jej, musiała zostać stworzona lub przygarnięta przez Fausta podczas jego nieobecności. - Wiem, o czym myślisz. Na imię mi Raine. Do pewnego stopnia panuję nad wodą. Częściowo, podkreślam to, ponieważ nie miałam jeszcze dosyć czasu, by dopracować tę umiejętność. Alexander mówi jednak, że jeśli będę nad nią pracować, uspokojenie lub wywołanie sztormu nie będzie problemem... – uśmiechnęła się uroczo. Widać było, że nie została stworzona dawno temu – brak jej było charakteryzującej wampirzyce gracji i dumy, bijącej od nich na każdym kroku, oraz pogardy i powściągliwości, tak bardzo cenionych w straży Fausta. - Nie martw się – mrugnęła do niego porozumiewawczo. – Nie jest wściekły. Nie jest nawet zirytowany. Określiłabym go bardziej jako zadowolonego i rozbawionego. Nie powiedział jej, że to wyczuwa. Że przez prawie wiek nauczył się odróżniać barwę emocjonalności Alexandra od innych kolorytów. Uczucia wampira były dużo czystsze i bardziej wyraziste. W myślach często docierało do niego dziwne porównanie – jak węgiel i diament. Inni, z zamazanymi i bardzo prostymi do odczytania emocjami, mało skomplikowaną, jednotorową uczuciowością byli jak węgiel. Faust, o umyśle złożonym z setek myśli i odczuć w jednym momencie, był zagadką, pełną wyrafinowanego piękna. Diament. Zatrzymała się przed wejściem do sali, którą zidentyfikował jako jadalnię. - Nie pójdę z tobą dalej. Podejrzewam, że i tak wystarczy wam towarzystwa. - Jakieś podpowiedzi? – zapytał. - Nie mogę powiedzieć ci nic więcej. Zresztą, powinieneś znać każdego z tam obecnych. Są dużo mniej przyjaźnie nastawieni, niż sam Alexander. – Dodała, odchodząc. Westchnął, przekraczając próg. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy był iście rzymski wystrój sali. Drapowane materiały na ścianach z luster, w których odbijały się jedynie dwie obecne w pokoju śmiertelniczki. Wśród niskich ław i sof ujrzał nagle Alexandra – leżał na jednej z nich, otoczony przez cztery nieznane Thomasowi wampirzyce i te dwie, które ujrzał po drugiej stronie zwierciadeł. - Thomas. – Powiedział, uśmiechając się zawadiacko. Palce wplótł między włosy jednej ze śmiertelniczek. – Tyle czasu minęło, odkąd widziałem cię po raz ostatni, przyjacielu. - Ciężko nazywać przyjacielem kogoś, kto zniknął z twego życia by już więcej nie wrócić – odpowiedział Tom, zaciskając pięści. - Ale przecież wróciłeś. Stoisz przede mną z tą samą hardością w sercu i na twarzy, która wykrzywiała ci oblicze czterdzieści trzy lata temu, gdy zdecydowałeś się opuścić swych towarzyszy... Faust pogłaskał dziewczynę po policzku, po czym nagle szarpnął jej głową, odciągając ją do tyłu. Jęknęła cicho, coraz bardziej przerażona. Czuł, że była tu już nie raz, ale tylko dziś dopuszczono ją do właściciela zajazdu. Podświadomie wiedziała, że to ostatni dzień jej życia, choć widocznie starała się nie dopuszczać do siebie tej myśli. - Czy nie zechciałbyś posilić się, nim opowiesz mi o tym, co działo się s tobą przez te lata? – zapytał. Nosem wodził po skórze na szyi kobiety – drżała za każdym razem, kiedy dotykał jej językiem. - Aone dała mi do zrozumienia, że wiedziałeś o wszystkich moich poczynaniach... – wycedził Thomas sucho. Mimo, że oblicza stojących za nim wampirów pozostawały nie do odczytania, na ich myśli widział dokładnie wyryte słowo: pogarda. Alexander uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Och, to prawda, przyznasz jednak, że zawsze historia wydaje się być ciekawszą, kiedy opowiada ją ten, kto widział, słyszał i odczuwał wszystko, o czym będzie mówił. Ale rozumiem. Nie jesteś chętny, by spróbować jej krwi, prawda? Dziewczyna zaszlochała żałośnie. Tommy zacisnął usta. - Uznaję zatem, że nie – powiedział, w ułamku sekundy wbijając zęby w jej szyję. Druga ze śmiertelniczek zdążyła cicho krzyknąć, zanim dopadły ją leżące przy Fauście wampirzyce. Jego stworzyciel spojrzał na niego po chwili, ocierając spływającą po brodze kroplę krwi. - Vincencie? Aone? – zwrócił się do stojącego za nim rzędu strażników. - Czy moglibyście zabrać ciała naszych drogich przyjaciółek? Wskazani bez słowa, z nieludzką szybkością podeszli do swego mistrza i odebrali z jego rąk stygnącą kobietę, po czym zniknęli w jednych z wrót, by powrócić za kilka minut i zająć swoje miejsce pomiędzy innymi. - Wracając do ciebie, mój Tomie – w jego głosie nie dało się słyszeć nic poza rozbawieniem, co lekko irytowało Thomasa. Spodziewał się wszystkiego – złości, pogardy, czegokolwiek, co uzasadniałoby to wezwanie. Chyba nie do końca wziął pod uwagę, że jego rozmówcą nie będzie Christian, ale jego syn. Podejrzewał, że Alexander, podobnie jak robił to prawie pół wieku temu, skutecznie blokował część swoich emocji, co sprawiało, że dostrzegał tylko radość, tę dziwną, namacalną wprost radość. Był z nim tyle lat i wciąż nie potrafił go zrozumieć... - Nie patrz na mnie wzrokiem mordercy, przyjacielu. – Powiedział, przerywając rozmyślania Toma. - Jeżeli ktoś miałby prawo do takiego spojrzenia, z pewnością byłbym to ja. Nie dałem sobie dziś takiego prawa, pozwól więc, że przywitam cię po swojemu. Pokręcił głową, dając upust dręczącej go mieszaninie zdziwienia, poirytowania i obawy. - Przyszedłem tu, by dowiedzieć się, czego właściwie ode mnie chcesz. Czego ode mnie żądasz. – Mruknął, patrząc po twarzach stojących za Faustem. Jak mógł przewidywać, nie wyrażały niczego, jednak cała pogarda, cała wściekłość i obrzydzenie znajdujące się w sali wciąż zdawały się pochodzić od tamtej trzynastki. - Czy to nie oczywiste? Przecież dobrze wiedziałeś, jaki będzie wiodący temat tej rozmowy. Powiedziałbym raczej, że chcesz się dowiedzieć, ilu obecnie przyjaciół jest mi oddanych na tyle, by zaatakować ciebie, Williama, Cecilie i resztę twoich znajomych. Zapewniam cię, wystarczająco dużo, byście nie zdołali się ustrzec. – Rzekł, głaszcząc po głowie jedną z siedzących u jego stóp wampirzyc. – Niewiele zmieniło się od czasu twego odejścia, mój drogi. Gdybyś chciał powrócić w szeregi, jak to nazywasz, mojej straży, czekamy na ciebie z otwartymi ramionami. Zawsze dobrze jest znać emocje swoich wrogów, nieprawdaż? Thomas zmierzył wzrokiem znanych i nieznanych mu strażników. Gdy odchodził, był dziesiąty. Teraz stało przed nim trzynaście wampirów w długich, ciemnych pelerynach. Ignatius, Vincent, Jeanne, Blaise, Aone, Francis, Gabriel, Isadore i Ialith, oraz cztery inne postaci, których nie rozpoznawał. - Ach, tak! Masz rację. niektórych z nich nie dane ci było poznać. Jak widzisz, liczba moich przyjaciół wzrosła. Jest ich teraz trzynastu. Bardzo ładna liczba. - Trzynastu w głównej świcie. Ilu z nich jest za drzwiami? – zapytał z satysfakcją. Niektóre sprawy wydawały się łatwe do przewidzenia. - Masz rację, poznałeś moją Raine. Mogłem się domyślisz, że potraktujesz ją jako jedną z adeptek. Ale to moja straż cię obchodzi. Ci, którym ufam. Odpowiadam więc: trzynaście najwspanialszych talentów, jakie udało mi się znaleźć, jest teraz do mojej dyspozycji. Plus minus ty, oczywiście. - Chyba nie skorzystam z twojej propozycji... – mruknął, krzywiąc się. Czuł ciągle wypływającą z Alexandra radość, o tyle prawdziwą, co żartobliwą i pobłażającą. Czuł, ja, bardzo jest zaciekawiony jego kontaktami z Evangeline. Jak niezdrowo ciekawi go ona sama. Szczerze niepokoił się tą nagłą zmianą stosunku do istot ludzkiej, a przynajmniej do tego jednego, konkretnego człowieka. - Tak podejrzewałem. Oczywiście zaraz wyłapiesz, że nie jestem z tego powodu niezadowolony, ale nie przejmuj się tym. Nie ma rozczarowań, gdy jesteś pesymistą. - Jeśli to już wszystko, to... - Nie. To nie wszystko. – Powiedział Alexander, wstając z sofy. Roześmiał się głośno. – Gdybym chciał jedynie usłyszeć twój głos, zapewne pofatygowałbym się do ciebie sam. Sprawa jest jednak dużo bardziej poważna, ponieważ dotyczy zarówno twojej rasy, jak i tej reprezentowanej przez twoją nową przyjaciółkę. – Spoważniał nagle. – Nie sprowadziłem cię tu z własnej woli. Szczerze powiedziawszy, nie obchodzi mnie to, co robisz, z kim się zadajesz, ani dlaczego to robisz. To ja cię stworzyłem, i może nawet jestem pod wrażeniem twojej postawy, mimo, że uważam ją za lekko... hm, powiedzmy kolokwialnie, idiotyczną. Skrzywił się, próbując ukryć uśmiech. - Jako twój stwórca jestem jednak w pewien sposób odpowiedzialny za twoje poczynania, tak przynajmniej twierdzi mój ojciec... - Ach, więc o to chodzi... Alexander uśmiechnął się lekko. - Zawsze ceniłem tę twoją domyślność. Pomijając fakt, że jako mój towarzysz powinieneś wiedzieć coś o moich zwyczajach i podejściu do pewnych spraw, całkiem nieźle ci poszło. Tommy wyczuwał ironię bijącą z jego głosu. Faust miał rację. Powinien był od razu wpaść na to, że sytuacja jest poważniejsza, niż mógł się tego spodziewać, jeżeli wezwał go do siebie. Uczucia Alexandra zmieniały się i krystalizowały w tempie, do którego nie był przyzwyczajony, mimo to gdzieś w tle zawsze istniało denerwujące Thomasa rozbawienie i pobłażanie. Świadczyło to o głównej cesze jego rodu – pewności siebie i pragnieniu bezgranicznej wolności, którego nie mógł pohamować nawet przywódca Rady Rasy. - Powiedzmy sobie szczerze – zaczął, rozkładając ręce. – Nie wierzę w Księgę. Uważam jej przepowiednie za stek bzdur. Mimo to zaciekawił mnie twój związek z ludzką kobietą. Evangeline. Opowiedz mi o niej. Twarz wampira stężała. - To nie jest twoja sprawa... – rzucił wściekle. W końcowych słowach jego głos powoli przeszedł w syk złości i nienawiści, ale nawet to objawiło się u Fausta jedynie satysfakcją. - Wiesz, że to nie ja dałem słowo, że jej nie tknę. – Powiedział. Tom opuścił głowę, jego oblicze rozjaśniało gorzkim uśmiechem zdradzonego, opuszczonego bohatera skończonej historii. Aone obiecała, że przez obecność w zajeździe ocali Evangeline, ponieważ był to konieczny zabieg. Inaczej nigdy by się na to nie zgodził. Jednak teraz jej słowo okazało się tyko mirażem, podłą sztuczką wielkiego, przebiegłego Fausta. Miał się tu pojawić, by dostarczyć mu niezbędnych informacji, a w razie kłopotów z przekonaniem go do tego pomysłu, kobieta miała stać się kartą przetargową pomiędzy stronami. – Widzisz? Twoja ludzka natura jest tak przewidywalna... Wygrałem – rzucił dobitnie. - Zastosujmy więc mały szantaż, co ty na to? Opowiedz mi o niej, albo sam się do niej wybiorę. Sekunda. - Nie tkniesz jej! – krzyknął. W ułamku sekundy materializując się przy Alexandrze. Chwilę potem poczuł niemoc w mięśniach. Siła wampira znów dała o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. - Przyjacielu... – mruknął, dotykając jego twarzy. – Nie było cię jedynie czterdzieści lat, a już twoja odwaga przerodziła się w zwykłą głupotę... Mów, albo zostawię cię tu, na pastwę moich towarzyszy. Sam zaś wybiorę się do Ev... To odrobinę bardziej czytelna groźba, mam jednak nadzieję, że się na mnie nie obrazisz... Tom zamilkł, zaciskając wargi. Spróbował wyrwać rękę z morderczego uścisku wampira, był to jednak daremny wysiłek. - Dobrze. Zacznijmy inaczej. Co cię do niej przyciągnęło? Dlaczego właśnie ona? Cisza. Alexander pstryknął palcami. W momencie przy jego boku pojawiło się dwoje strażników – niska, ciemnowłosa kobieta i szczupły mężczyzna o budowie pływaka lub lekkoatlety. - Nie przedstawiłem cię moim nowym przyjaciołom? – zapytał, uśmiechając się znowu. – To Claire i Robert. Znalazłem w nich potrzebne mi piękno. Chcesz wiedzieć, jakie, prawda? Claire potrafi zadawać fizyczny ból na odległość. Robert bawi się raczej psychiką. Jeśli sobie życzysz, mogą zająć się twoją znajomą... - Intuicja. – Rzucił cicho Thomas, nie zastanawiając się ani chwili. Pomysł skrzywdzenia Evangeline zbyt mocno na niego działał. Groźba w głosie Alexandra, niewyczuwalna dla przeciętnego człowieka czy wampira, pulsowała każdą wyrażaną emocją. – Ma niesamowitą intuicję. Jej racjonalizm i logika działają w bardzo specyficzny sposób. Wiedziałem, że mi uwierzy. Poza tym, ma możliwość działania. Faust roześmiał się. - A spodziewałem się wyznań na temat niezaspokojonego popędu seksualnego... Co jej powiedziałeś? Tom westchnął ciężko. Tyle lat z dala od stwórcy, a on wciąż trzymał go w garści... - Streściłem jej moja własną historię, mówiłem o hierarchii w naszym świecie. Mówiłem o tym, co nas zabija... - Żadnych zabawnych anegdot? Wybacz mi narcyzm, ale, czy wspominałeś o mnie? O mojej rodzinie? Thomas zacisnął mocniej wargi. - A więc jednak. Były to pierwsze słowa tego wieczoru, które zabrzmiały poważnie w jego ustach. Odwrócił się w zamyśleniu. Tommy poczuł, że uścisk w jego mięśniach stopniowo maleje, by w końcu zniknąć. Upadł – niedowład ciała, który towarzyszył działaniu siły wampira miał ustąpić dopiero po kilku chwilach. Spojrzał na niego – stał plecami do niego, wyraźnie rozważając całą sytuację. Każda minuta była dla Toma wiecznością – czuł się tak, jakby to o jego losie decydował teraz młody Faust. Nie potrafił odczytać nic z jego emocji – wyłączył się, tak, jak wielokrotnie czynił to w przeszłości. Sapnął wściekle, starając się przejść przez barierę nieczułości, jego wysiłek nie przyniósł jednak zamierzonego efektu. Co więcej, wydało mu się, że dawny przyjaciel uodpornił się na jego moc do tego stopnia, że nawet nie zauważał naporu. Wciąż stał w tym samym miejscu, z rękami włożonymi w kieszenie swoich drogich, czarnych spodni. Kilku ze strażników poruszyło się niecierpliwie, jak gdyby również nie mogli znieść przeciągającego się w nieskończoność milczenia. Wiedział, ze musi wracać. By ukryć Evangeline, choćby spróbować uciec sile Aone, lub przynajmniej przygotować się do obrony. Po kilku minutach Alexander uniósł głowę do góry i roześmiał się gorzko. - Chyba będę na siebie zły, że zaproponuję ci coś takiego, wiesz jednak, że czasami moja ciekawość nie zna granic... – powiedział, podchodząc do Toma. – Czy jeśli dam ci wolną rękę, pozwolę ci na dalsze kontakty z tą dziewczyną, jeżeli zobowiążę się do tego, że nie powiem ojcu, będziesz donosił mi o rozwoju sytuacji? Sytuacja rozjaśniła się w momencie. Nie miał pojęcia, jak mógł podejrzewać, że po tylu latach, po tylu wiekach postawa wampira uległa zmianie i że będzie skory pomóc ojcu. Christian Faust był tu jedynie czymś w rodzaju zasłony dymnej. Alexander od początku kierował się jedynie własną ciekawością. Tommy popatrzył na niego, po czym, wiedziony nagłym przypływem nienawiści, krzyknął: - Ty wcale nie chcesz mi pomóc, tylko... Po prostu pragniesz informacji! O ludziach i ich przygotowaniu! Mam być kimś w rodzaju podwójnego agenta, tak?! Śmiech znowu rozniósł się po sali, tym razem uśmiechnęło się też kilku ze strażników. - Przecież nigdy nie powiedziałem, że chcę ci pomóc! Czy naprawdę wyglądam na kogoś, kto chciałby zdradzić rasę ze względu na własną ciekawość? – zapytał, mierzwiąc ręką włosy. – Może to nie było odpowiednie pytanie... – Dodał po chwili. - Tak, chodzi mi tylko i wyłącznie o informacje. Nie stałem się ani dobry, ani zły. Pozycja ponad tym bardzo mi odpowiada. Cóż, skoro „miłość”, powiedzmy też: „równość”. Co ty na to? – rzucił powracając na swój bogato zdobiony fotel. Jedna z wampirzyc położyła mu głowę na kolanach. - Równość?! Prawisz mi kazania o równouprawnieniu, mając za plecami swego ojca i trzynastu strażników?! – krzyknął. - Dobrze rozumiem twoje wątpliwości, wiesz jednak, że i tak zdobędę te informacje z pomocą Aone. Nie powinno robić ci to różnicy. Tommy zamyślił się na chwilę. Rozszyfrowanie intencji Alexandra zajęło mu kilka sekund. - Skoro nie potrzebne ci moje donosy, po co to robisz? – zapytał ostrożnie, próbując złapać jego spojrzenie. Stalowe tęczówki zapłonęły triumfalnie. - Czy to nie proste? – odpowiedział. Thomas wyczuł emanujące z niego zadowolenie. – Powiedzmy, że upokarzanie cię sprawia mi jakąś irracjonalną przyjemność. Będziesz opowiadał mi o swej fascynacji Evangeline, o jej snach, pomysłach, słowach i gestach. Mówił o taktykach Agencji. Wszystko podszyte nutą twoją własną barwą emocjonalności. A ja skonfrontuję to z tym, co przyniesie mi Aone. Wampir zacisnął pięści i wbił wściekły wzrok w podłogę. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Miał nadzieję, że uda mu się wyjść z tego spotkania z wysoko podniesioną głową, tymczasem stał na środku sali, przed Alexandrem i jego świtą. Ich twarze spowijał triumfalny uśmiech. Osiągnęli to, co chcieli zdobyć. - Mogę już iść? – zapytał przez zaciśnięte zęby. Musiał sprawdzić, czy nic jej się nie stało – dziwnym trafem nie wierzył Faustowi i jego zapewnieniom o jej bezpieczeństwie. - Tak, oczywiście, jeżeli nie chcesz przejść do przyjemniejszych tematów i zapytać, co u mnie słychać... – powiedział Alexander z udawanym smutkiem. – Ach, jeszcze jedno. Nie miałeś racji, mówiąc, że Hvass Archann będzie obradować nad wypowiedzeniem wojny przez kilka kolejnych miesięcy. Ostateczna decyzja ma zapaść w noc następnej pełni. Uznałem, że w ramach naszej małej umowy, i ja mogę ci się do czegoś przydać... Thomas zmarszczył czoło z niedowierzaniem, kładąc rękę na klamce wrót. Pełnia wypadała za cztery dni... Może jednak Księga? Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (11), Dodaj
11 komentarzy Następne 1 Poprzednie
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|
|
|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||