![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
![]() |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
![]() |
![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Menu
Strona GlownaKsiega Gosci O Mnie Archives
2009marzec (1) kwiecień (3) maj (1) sierpien (1) Links
My own.O tym, jak to Bolleyn. została oceniającą... brak kategorii (6) miłość (6)opowiadanie (6)twilight (6)wampiry (6)wojna (6) Favourites
Credits
credits: Sxc.hu, Pobrano z: Szablony Inventive Powered by blog.pl ![]() |
Powrót 7 listopada 2034r. "Decyzje..." niedziela, 12.kwietnia.2009, 21:30Przywitał ją ciepłym uśmiechem, a Evangeline po raz kolejny powstrzymała się od zaproponowania mu czegoś do picia.
- Poczekasz chwilę? – zapytała cicho, wskazując na kuchnię. – Nic dziś nie jadłam, a ponieważ przewidujemy następny wykład z historii i wiedzy o... twojej rasie, zrobię kawę. – Słowo „wampir” wciąż ciężko przechodziło jej przez gardło. Tommy skinął głową. Evangeline wróciła po kilku minutach, niosąc ze sobą kubek kawy i ogromną tacę z kanapkami. - Skończyłeś na tym, że cię ugryzł. Alexander Faust. – Przypomniała mu. Znalazł jej spojrzenie i zagłębił się w brązowych tęczówkach. - Źle interpretujesz moje milczenie. Właściwie, zastanawiałem się nad czymś zupełnie innym. Ale to już nieważne. – Powiedział. W jego oczach znów zagościła nieobecność i tęsknota. – Tak. Alexander Faust mnie ugryzł. Przez pięć dni wiłem się w agonii na podłodze jego wytwornego domu w Londynie. Prawie nie zwracał na mnie uwagi, od czasu do czasu tylko, kiedy odchodzili jego znajomi, siadał przy mnie i opowiadał mi historie jego życia. Mimo, że z czasem szczerze znienawidziłem go za to, co mi zrobił, to właśnie przez te opowieści postanowiłem z nim zostać. Tak bardzo było mi go żal... - Przecież cię ugryzł. Na swój sposób zabił. – Przerwała mu Evangeline. Uśmiechnął się do niej, choć myślami ciągle był daleko stąd, zarówno w czasie, jak i przestrzeni. Historia, która zaczęła się po to, by w końcu się zakończyć, została pozbawiona prawa do epilogu. - Tak, to prawda. Gdybym nie był w pewnym sensie dumny z tego, kim jestem, bo mogę wam pomóc, również tak bym do tego podchodził. Jednak nie słyszałaś jego słów. Kiedy znikali Ialith, Vincent, Ignatius i inni jego przyjaciele, zostawał całkiem sam. Wśród nich też nie do końca mógł się odnaleźć. Był zagubiony, a powłoka zimnego, nieczułego i nieludzkiego do granic możliwości istnienia nie do końca zgadzała się z tym, co chciał sobą reprezentować... - Przecież z tego, co mówiłeś, wciąż taki jest. – Wtrąciła po raz kolejny dziewczyna. Uśmiechem nagrodził jej dociekliwość. - Bo nigdy nikt nie starał się przekonać go, że mógłby się zmienić. Jemu samemu zaś nigdy nie przeszkadzało to na tyle, aby postarać się coś zmienić. Zresztą, podobna maska pozwalała mu na niesamowite manipulacje innymi – powiedział, nagle budząc się z letargu. – Zdaje się, że się zapędziłem. Miałem mówić o sobie, a tymczasem nieznośnie często schodzę na temat mego stworzyciela. Evangeline starała się ukryć lekkie ukłucie żalu, ale Tommy chyba je zauważył, ponieważ dodał spokojnie: - Nie martw się. Alex zapewne mnie też interesowałby bardziej, jego historia jest jednak dużo dłuższa i bardziej skomplikowana niż moja, wolałbym więc nie opowiadać ci jej jedynie nędznymi urywkami całej prawdy. Pozwól, że zostawię ją na lepsze czasy. Kiedy już wyjawię ci wszystko to, co jest ci niezbędne. Chyba, że... – zatrzymał się, wbijając wzrok w okno. Dziewczyna skuliła się lekko na fotelu, z wyczekiwaniem. - Że...? – zapytała, wstrzymując oddech. Tom, widząc jej podenerwowanie, poruszył się niespokojnie. - Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć ani... - Nie przestraszyłeś mnie. Po prostu wolałabym, abyś od razu przeszedł do rzeczy, zamiast robić przerwy. Uśmiechnął się, nie do końca przekonany. - Widziałam już naprawdę straszne zbrodnie. Niełatwo jest wyprowadzić mnie z równowagi... – mruknęła, rozkładając ręce, jakby próbowała się usprawiedliwiać. Nie miała pojęcia, czy wyglądało to dostatecznie przekonująco, by wznowił wypowiedź, miała jednak szczerą nadzieję, że dał się złapać w zastawioną nań niezbyt wysublimowaną psychologiczną zasadzkę. - Jeżeli to, co widziałaś do tej pory, wydało ci się choćby w najmniejszym stopniu przerażające, może źle wybrałem, ponieważ to, co ujrzysz niedługo, przekroczy granice pojmowania każdego śmiertelnika. – Powiedział, zaraz potem dodał jednak: - Chodziło mi o to, że Alexander ma zadziwiającą zdolność dowiadywania się o rzeczach pilnie strzeżonych, o których nie ma najmniejszego prawa wiedzieć. Po prostu pojawia się tam, gdzie nie powinien, by odkryć to, o czym nie może słyszeć. Istnieje więc możliwość, że wie, bądź w najbliższej przyszłości dowie się o naszych kontaktach. Gdyby tak było, opowiem ci o nim wcześniej, byś... choć po części była przygotowana na jego przybycie – wyłożył. - Wracając do mojej skromnej osoby... - Powiedziałeś, że być może on już o mnie wie. O tym, że przekazujesz mi informacje. Czy nie lepiej byłoby... – zaczęła, ale Tom machnął ręką i przerwał jej, zbijając ją z pantałyku. - Czy moja historia jest naprawdę aż tak nieciekawa? Gdybym był człowiekiem, zapewne powinienem był się teraz obrazić... - Wybacz. – Powiedziała szybko, zakłopotana. Uśmiechnął się. - Nie martw się. – Powtórzył. – Jeśli aż tak zależy ci na wysłuchaniu tamtej opowieści, obiecuję, że rozpocznę ją zaraz po tym, jak zakończę swoją. Chociaż, swoją drogą, dziwię się, że nie wolisz posłuchać, jak możesz pomóc swej rasie w przetrwaniu... Evangeline spuściła wzrok, wbijając go w podłogę. Tak, teraz naprawdę była na siebie zła – wściekła na swój egoizm, ciekawość i dziwną fascynację tajemniczą osobą młodego Fausta. - Spokojnie – powiedział, nie przestając się uśmiechać. – Nawet tak wspaniała historia, jak opowieść o rodzie Faustów, nie powinna zając nam dłużej niż trzy, cztery wieczory. Narady Hvass Archann zdecydowanie będą trwać o wiele dłużej, a do czasu zapadnięcia decyzji I tak nie powstrzymasz biegu wypadków i kolejnych morderstw oraz zaginięć. Tak więc – po raz kolejny spróbował powrócić do tematu swojej osoby – pięć dni. Tyle trwało moje „przejście”. Nie najlepiej wspominam ten czas, choć, zdaniem Alexandra, w ogóle nie powinienem był go pamiętać. Chyba tylko przez to przekonanie tak chętnie odsłaniał przede mną swą duszę. Gdy obudziłem się rankiem, szóstego dnia od ugryzienia, zdziwiłem się. Nie czułem już bólu, ani zimna, a mój stworzyciel stał nade mną dziwnie zadowolony. Towarzyszył mi jedynie ogień, spalający od środka moje gardło. Wiedział, co mi jest. Wtedy po raz pierwszy zabrał mnie na łowy. Zasmakowałem krwi człowieka, choć to mój przewodnik otworzył mu żyły. Bardzo bawiło go moje przywiązanie do ludzkiej natury i szacunek, jaki żywiłem do człowieczego istnienia. – Jego ciałem wstrząsnął nagle dreszcz obrzydzenia. Skrzywił się, próbując naśladować swój zwykły uśmiech, nie bardzo mu jednak wyszło. - Nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo nienawidziłem siebie za to, co robię! Ja, lekarz, który składał przysięgę Hipokratesa u stóp samego Boga, zabijałem ludzi! Bez skrupułów, nie dając im najmniejszej szansy na obronę! Alexandra to irytowało. Tylko Ialith, dla której miałem być czymś w rodzaju prezentu, bo to ona namówiła go do przemienienia mnie, uważała to za słodkie. Ufałem jej. Naprawdę, ufałem. Z czasem poczułem do niej coś, co od biedy można było nazwać miłością. Podświadomie czułem, że tylko mnie wykorzystuje. Że wcale nie marzy o mojej bliskości, szuka tylko kogoś, kto pomógłby jej wyrwać się z otaczającej ją pustki. Widzisz, miała już ponad czterysta lat. Po pewnym czasie stwierdziłem, że tylko ona trzyma mnie dalej w świecie Fausta. Zbyt bardzo bała mu się jednak sprzeciwić. Kochała luksusy, których miała pod dostatkiem u jego boku. Nie miała też nic przeciwko zabijaniu. Myślałem, że jest taka, jak ja, ona tymczasem tylko się nudziła. Od czasu do czasu potrzebowała nowej rozrywki, towarzystwa, czegokolwiek, co pozwoliłoby jej choć odrobinę zmienić jej życie. Kiedy pewnej nocy, po dziewięćdziesięciu latach służby, mogę to chyba tak nazwać, przy jego boku, zaproponowałem jej ucieczkę. Naprawdę mnie to zmęczyło. Gdybym mógł przejrzeć się w lustrze... nie zrobiłbym tego, ponieważ bałbym się swego oblicza – twarzy mordercy. Wyśmiała mnie. Zobaczyłem wtedy, że to, co zostało zbudowane wokół mnie przez prawie wiek, jest tylko ułudą realności – bo rzeczywistość również perfekcyjnie dostosowywała się do potrzeb Alexandra. Załamałem się. Nie chciałem polować. Nie chciałem żyć. Ialith zaś przechodziła obok mnie z wysoko podniesioną głową, prezentując wszystkim swój nowy twór – nowego kochanka. Wtedy uciekłem. – Głos zadrżał mu niebezpiecznie. Wyciągnęła rękę, by go pocieszyć, jednak odskoczył od niej szybko. - Odtąd, od czterdziestu trzech lat błąkam się po świecie, szukając takich, jak ja. Tych, którzy zbuntowali się przeciw własnemu jestestwu, by stać się lepszymi. Nie znalazłem ich wielu, jest nas zaledwie garstka, być może dwudziestu, trzydziestu, i to na całym świecie. Tylko tylu z nas chciało podjąć trudne wyzwanie odnalezienia człowieczeństwa w postaciach, w których teraz żyjemy. Większość z nas żyje w cieniu, nie ujawniając się ani ludziom, ani, tym bardziej wampirom. I ja też tak żyłem. Do teraz. Do chwili, w której zrozumiałem, jak ogromne niebezpieczeństwo grozi waszej rasie. – Zakończył. Westchnął lekko, wstając. Gdyby nie to, że nigdy nie spał, być może pomyślałaby, że jest zmęczony, że opowiadanie swych dziejów wyczerpało go fizycznie, wiedziała jednak, że prawda jest inna. Thomasowi ciężko było pogodzić się ze swą naturą, co dopiero tak po prostu o niej mówić. - Zaczekaj – poprosiła, wstając i znajdując jego spojrzenie. – Czy twoi... przyjaciele też tu są? Czy też zdecydują się nam pomóc? Nawet nie podejrzewał, jak bardzo ucieszyła się tą nadzieją. Jak wiele otuchy wniosła do jej serca. - Tu, ze mną, są tylko dwie osoby i owszem, są skore do pomocy. To Cecilie i William. Zapewne wkrótce ci ich przedstawię. – Odpowiedział. Cieszył się, widząc uśmiech na jej twarzy. Ciągle przypierał ją do ściany, sprawiał, że czuła się coraz bardziej osaczona, słysząc jego słowa. Teraz jej serce rozkwitło nową wiarą. - Pamiętaj – zauważył cicho – że tamtych wciąż jest nieporównywalnie więcej. - To nic – odrzekła wesoło. – Ważne, że nie jesteś sam. Posmutniała nagle. - Pozostała jeszcze jedna nierozstrzygnięta kwestia... – mruknęła. Ni miała pojęcia, jak przekonać go do swego pomysłu, miała jednak nadzieję, że może jednak jej się uda. Może... - Nie proś mnie o to, Evangeline. Kiedy zmienię zdanie, będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie. Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie. - Powiedziałeś: kiedy. Nie jeżeli, ale: kiedy. * * * Gdy Thomas opuścił dom Evangeline, powili zaczynało już dnieć. Patrzyła przez okno, jak pospiesznym krokiem znika we mgle. Każdym świtem, kiedy znikał, rządziło dziwne przekonanie, że więcej już nie uda jej się go spotkać. Tak, jakby za rogiem czaił się ktoś, kto pozbawi go możliwości powrotu. Mimo, że znała Toma dopiero od tygodnia, swoje przywiązanie do jego osoby mogła określić jako prawie materialne – czuła się dziwnie nieswojo każdej nocy, kiedy go przy niej nie było. Gdy znikał, dom wydawał jej się nie tyle pusty, co wypełniony tym, przed czym nikt już nie będzie potrafił jej obronić – samotnością, duchami przeszłości, niepewnością, która miała pozostać jedyną wartością niezmienną w najbliższym czasie. Może niedługo pogodzą się z tym, że ludzie umierają? Zniesione zostaną wszelkie żałoby, świat pogrąży się w chaosie. Ludzie porzucą ich dotychczasowy świat, a niepewność dalej będzie trwać przy ich boku. Czy obudzą się następnego dnia? Czy przeżyją ich bliscy? Potrząsnęła głową, wybudzając się z letargu, w którym swoją drogą coraz częściej odnajdowała ukojenie. Byle dalej od wszystkich nieprawdopodobieństw, których dotykała. Podeszła do jednej z wielkich, magnetycznych tablic, rozpiętych na ścianach wiktoriańskiego domu. „Masakra ośmioosobowej rodziny na przedmieściach Waszyngtonu – kto powstrzyma rzeź?” – głosił tytuł jednej z największych gazet. Potem, pomiędzy krzykami o pomoc malowały się liczby. Pięćdziesiąt jeden. Miesiąc. Trzech agentów – jednak noc. Siedemdziesiąt osiem – pięć tygodni. Liczba ofiar rosła w zastraszającym tempie, a ona nie miała pojęcia, co może zrobić. Westchnęła cicho. Tak. Teraz wierzyła mu już w każdym calu. * * * - Quo vadis, domine? – zapytał szyderczy, kobiecy głos. Thomas rozejrzał się szybko, zaniepokojony. Głos wydawał mu się znajomy, bardzo bliski wręcz, nie mógł sobie jednak przypomnieć, do kogo należał. Kilka kroków za nim stała Aone – jedna z najbliższych jego stworzycielowi towarzyszek. Z wysoko podniesioną głową, w bezczelnym rozkroku, wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętał – dzika i nieujarzmiona niczym wiatr, który przynosił jej informacje o wydarzeniach z całego świata. Zdaniem Toma te informacje tylko utrzymywały przy niej Alexandra – któż nie chciałby mieć przy sobie kogoś, kto na zawołanie przywoływałby wszystkie interesujące go sytuacje z całego świata? Jeśli się nie mylił, jego ojciec do tej pory nie miał pojęcia o talencie wampirzycy, podobnie jak i o wielu talentach otaczającej go straży przybocznej. Gdy odchodził, jego „gwardia” liczyła około dziesięciu osób – każda z nich została stworzona, niekoniecznie przez samego Fausta, w obawie przed wpływami Rady, która wiedziała o poczynaniach swych dzieci. Jako kolekcjoner krążył po całym świecie i zbierał najcenniejsze okazy umiejętności. - Donikąd. – Odpowiedział. A więc jednak jego przypuszczenia okazały się słuszne i Alexander dowiedział się o jego znajomości z ludźmi. Teraz wiedział już, czemu przysłał Aone, zamiast każdego innego, bardziej zaufanego towarzysza. Faust miał nadzieję, że Tommy ułoży z pozoru nie pasujące do siebie części i domyśli się, że nigdy nie powinien był czuć się tak bezpiecznie, by wysilić się na otwartą zdradę rasy. Miał nad nim kontrolę cały czas! Przyjął pozycję obronną, oczekując rychłego ataku. - Nie bój się. Nie nakazano mi zrobić ci krzywdy... – mruknęła, a jej usta wykrzywiły się w pełnym pogardy uśmiechu. - Tak? A co takiego kazał ci zrobić Alexander? – zapytał z wściekłością. Czemu, na Boga, musiał wybrać go akurat tak uzdolniony i przebiegły wampir?! Czy nie mógłby to być jeden z tych, którzy najpierw przekazują zasady, a potem po prostu znikają, nie przejmując się losem swego tworu? - Powitać cię na nowo w jego mieście. Najchętniej pojawiłby się sam, zatrzymały go jednak obowiązki oraz to, że nie zjawiałeś się zbyt długo. Gdybyś wyszedł choć pół godziny wcześniej... Teraz jest już zbyt jasno, słońce pojawi się za kilka minut. Poza tym, oczywiście – mruknęła, krzywiąc się lekko – cuchniesz człowiekiem. - Mów, co masz powiedzieć i odejdź! – warknął, napinając mięśnie. Spomiędzy jego warg wydobył się niski, przerażający dźwięk. Wampirzyca zaniosła się dźwięcznym, pogardliwym śmiechem. - Och, właściwie, nic poza tym nie kazał mi przekazać. Chociaż, a tak! Miałam jeszcze prosić cię, byś pozdrowił od niego Evangeline. Przyznaje, że nosić imię jednej z pierwszych wampirzych królowych to zaszczyt dla człowieka. Nawet jeśli została ona obalona... Może i ona podzieli jej los? Thomas zacisnął pięści tak, że palce zaczęły drętwieć. - Niech tylko spróbuje jej dotknąć, to przysięgam... - Wiesz, że wszystko zależy od ciebie. - Nie wrócę. Uśmiechnęła się, robiąc kilka kroków do tyłu. - Szkoda. Jak nikt inny potrafiłeś go rozbawić... Do tej pory to robisz. Naprawdę myślałeś, że zdołasz się ukryć? Przed nim i jego strażą? Doprawdy, urocze... – powiedziała. Nagle jej twarz rozjaśniła się, jak gdyby przypomniała sobie coś bardzo ważnego. – Och, no tak. Jeszcze chwila i pominęłabym najważniejszą część wiadomości. Przyjdź jutro wieczorem do „Life’s End”. Jeżeli chcesz, przyprowadź też swoją nową przyjaciółkę. Wasza zażyłość bardzo zainteresowała Alexandra... - Nigdzie nie będę jej ze sobą zabierać! Jeśli Alexander ma mi coś do powiedzenia, niech sam do mnie dotrze. Nie powinno to być takie trudne – odparował. Ledwie powstrzymywał się przed atakiem. - Och, proszę cię. Oczywistym jest, że to dla niego żaden problem. On po prostu wie, że i tak, chcąc czy nie, zjawisz się jutro w zajeździe. Choćby ze względu na dobro swojej lubej. – Widać było, że w swoje słowa włożyła cały jad i pogardę, jakie przygotowała na dzisiejszą rozmowę. - Jeśli przyjdę... – zamyślił się przez chwilę. – Jeżeli się pojawię, czy mogę mieć pewność, że podczas mojej nieobecności nikt nie złoży Evangeline... niespodziewanej wizyty? – zapytał. Uśmiechnęła się rubasznie. - Podejrzewam, że Alexander nie będzie miał mi za złe, jeśli odpowiem za niego i zgodzę się na ten układ. Wydaje się być całkiem rozsądny. Będziemy cię oczekiwać... – dodała, znikając we mgle. * * * Niewiele osób zauważa moją prośbę, ale, podobno, próbować zawsze warto. Cóż... Może więc jednak ktoś odwiedziłby księgę gości? Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (13), Dodaj
13 komentarzy Następne 1 Poprzednie
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
|
|
|
|
|
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||