Powrót

2 listopada 2034r. "Historia poczęcia."

poniedziałek, 6.kwietnia.2009, 17:28
Godzinę później pager Evangeline Voerding rozjarzył się jasnym światłem. Wpadając do gmachu Agencji zobaczyła cały podzespół Evansa, zmierzający powolnym krokiem do sali konferencyjnej. Mieli nietęgie miny. Zatrzymała się przed drzwiami, zastanawiając się, czy bezpieczną drogą jest wkroczenie do pokoju jako ostatnia z wezwanych.
- Lepiej się pośpiesz – uprzedziła ją zza pleców jedna z sekretarek. – Zginęło trzech agentów.
Nie czekając, weszła do środka.
- Spóźniona, Voerding. – Powiedział Evans, siadając przed złożonym z jedenastu osób podzespołem.
- Przepraszam, sir. – Odrzekła, stając na baczność i salutując mu lekko.
- Przepraszasz?! Straciliśmy dziś trzech agentów, a ty mnie przepraszasz?! – krzyknął, uderzając w stół potężną aktówką. Ev dosyć często zastanawiała się, kto potrafi napisać sto stron raportów w kilka godzin od zdarzenia. Ona nigdy nie miała do tego głowy. Zresztą, rzadko do czego ją miała. Ostatnimi czasy Jack coraz częściej dawał jej odczuć, że utrzymuje się w zespole tylko dzięki swojej niezawodnej jak dotąd intuicji, pozwalającej jej odkrywać ściganych morderców.
Usiadła, starając się za wszelką cenę zachować spokój.
Jack odwrócił wielką, szklaną tablicę, na której zawsze rozpisywał hipotetyczny bieg prowadzonych spraw. Podziwiała go. Zawsze opanowany. Był jej mentorem – wybrał właśnie ją spośród tysięcy kandydatów, mimo jej młodego wieku. Wiedziała, że czasami tego żałował.
- Trzy osoby – zaczął, opadając na swój skórzany fotel. – Trzech wyszkolonych agentów, można powiedzieć, elita naszej placówki.
Evangeline poruszyła się nerwowo na swoim krześle. Przez chwilę nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Zachwiała się na krześle. Było jej słabo – myśli krążyły po jej głowie z nieokreśloną prędkością, a ona nie potrafiła ich poukładać. Nocne odwiedziny nieznajomego, jak do tej pory sądziła, chorego psychicznie człowieka. W tym momencie nie potrafiła nawet stwierdzić, czy był człowiekiem.
Evans wstał, ciężko opierając ręce na blacie stołu.
- Ostatnimi czasy nasilają się podobne zbrodnie. Prasa krzyczy z pierwszych stron i narzeka na naszą bezradność. Ludzie są sparaliżowani strachem, musiałem postawić całe miasto w stan gotowości i zarządzić godzinę policyjną.
Tymczasem trzech agentów rozpoznaje teren w jednym z opuszczonych portowych magazynów i dzieje się z nimi to samo. Co mają powiedzieć media?! Jak mają czuć się ludzie, jeżeli nie potrafimy ochronić nawet własnych pracowników? - rzucił.
Bezsiła jest straszna, pomyślała Evangeline, patrząc na wyraźnie załamanego wydarzeniami przemijającej nocy partnera.
Jack spojrzał na nią – w jego oczach dostrzegała zmęczenie i niezrozumienie dla zaistniałej sytuacji. Rozumiała go. Do tej pory szczycił się tym, że nie przerosła go jeszcze żadna ze spraw. Teraz miało się to zmienić. I choć walczył, nie potrafił wygrać tego pojedynku.
- Dobrze. Może... idźcie do domów. Przemyślcie to. Wyśpijcie się. Spotkamy się o szesnastej. Trzeba chyba coś postanowić w tej sprawie, ale teraz... – popatrzył na swój zespół, po czym zamknął oczy.

* * *

Co Tommy widział w tej ludzkiej dziewczynie? Pytanie to dręczyło Alexandra Fausta od dobrych kilku godzin. Patrzył, jak młoda kobieta wychodzi z taksówki i wchodzi do swojego, świetnie zabezpieczonego nawet jak na standardy Agencji domu. Opuścił go dosłownie przed chwilą, wyczuwając jej słodki, inspirujący zapach. Musiał przyznać, że rzeczywiście pachniała bardzo ciekawie. Nie miała nic wspólnego ze swądem strachu, znudzenia i niewiedzy, jakim zwykli cuchnąć ludzie. Jej aurą była skrytość, tajemniczość i spokój. Dreszcz przeszedł przez jego ciało, kiedy uświadomił sobie, jak musi smakować jej krew.

Taka świeża, młoda i czysta... Bez nienawiści, chłodna , żywa krew, która karmiłaby go potem przez wiele, wiele dni... Tak inna od krwi, którą zwykł pić. Brudnej nieuczciwością, zmęczeniem i złością, jakie płynęły z nich nieprzerwanym strumieniem kłamstw i drwin. Oto stała przed nim jedna z najbardziej delikatnych istot, jakie miał szansę spotkać. Stworzenie nieskalane złem, współczujące i zamknięte, czekające w ciszy na wyzwolenie z okowów życia śmiertelnego.

Taka niewinna, a Tom uczynił ją współodpowiedzialną za wybuch największej wojny wszechczasów. Przez chwilę miał wrażenie, że jest mu jej nawet szkoda, ale zaraz potem skrzywił się nieznacznie. Nawet, gdyby jej zapach miał zawrócić mu w głowie, wciąż pozostawała człowiekiem. Brudnym, śmierdzącym, małym człowiekiem, dla którego żaden szanujący się wampir nie powinien posuwać się do odtwarzania typowo ludzkich uczuć.

Nagle furtkę jej ogrodu przekroczył ktoś jeszcze. Alexander z niemałą radością stwierdził, że to Thomas. Co za naiwny zdrajca. Nawet nie podejrzewał, że ktoś mógłby go obserwować. Wchodził do domu człowieka niczym jałówka, ofiarowana bogom na całopalenie. Skrzywił się. Ostatnio zdecydowanie zbyt często myślał o innych. Ach, jak tak dalej pójdzie, to jeszcze się zestarzeje...

Uśmiech znów zagościł na jego twarzy... Gdyby tylko mógł. Dotknął swojego gładkiego, chłodnego policzka.

* * *

- Witaj, Evangeline. – Powiedział cicho Tommy, przekraczając próg jej domu. Odgadła, że przybędzie. Zostawiła otwarte drzwi. Ucieszył się na myśl, że jednak zaszczepił w niej ziarno zaufania.
Odwróciła się. Smutna i wyczerpana, nie przypominała dziewczyny, którą obserwował od tygodni. Przygnębienie i brak snu malowały się ciemnymi smugami pod jej oczami. Omiotła wzrokiem pokój, po czym zatrzymała go na jego osobie. A potem nagle przechyliła głowę.
- Opowiedz mi. – Zażądała.
Uśmiechnął się blado. Wierzyła mu.
- Od czego mam zacząć? – zapytał cicho, kiedy wskazała mu fotel. Sama skuliła się na kanapie, z kubkiem zakupionej na pobliskiej stacji kawy. Widział jej zmęczenie, którego nie zaznał od kilkudziesięciu lat. Fascynowało go to. Wyczerpanie było czymś świeżym, nowym – wspomnieniem życia, które zniknęło dawno, dawno temu. Przerażające – spojrzeć w przeszłość i uświadomić sobie, jak niewiele pamiętasz z tego, kim byłeś przedtem, oraz jak niewiele zostanie z tego za kolejne setki lat.
- Od siebie. – Odrzekła spokojnie. – Zacznij od swojej historii, abym mogła znaleźć w tym emocje.

A więc nie chciała suchych faktów, które pomogłyby jej ocalić życie. Wolała poznać prawdę malowaną kreską uczucia, pustki i żalu. Pragnęła tego, by uwierzyć. Znaleźć sens w pozbawionej ładu i składu rozsypance. Zdziwił się. Nie spodziewał się tego po kimś, kto na co dzień zajmował się śledzeniem morderców i wrogów narodu.
Uśmiechnął się lekko. Odnalazł kogoś, kto chciał go poznać. Kto miał nadzieję zrozumieć, bez postawionej najpierw tezy. Kto, jak mu się wydawało, wierzył w to, że wykreowane zło nie musi być wcale złe. Że potwory również posiadają sumienie. Nareszcie był szczęśliwy. Usiadł i spojrzał jej w oczy.
- Może więc opowiem ci o sobie... to znaczy... Czy chcesz wiedzieć, jakim byłem człowiekiem, Evangeline? – zapytał z wiarą w głosie.
Skinęła głową.
- Urodziłem się 25 września 1878 roku w małej wiosce na południe od Dover, w zubożałej, szlacheckiej rodzinie. Ojciec zajmował się handlem – dużo podróżował po całym kraju, by zarobić na utrzymanie rodziny i moje wykształcenie. Byłem ich jedynym dzieckiem, łożyli więc duże pieniądze, bym w przyszłości nie skończył na ich folwarku, ale przedostał się do zamkniętego grona wielkomiejskiej arystokracji. Moja matka – uśmiechnął się lekko na wspomnienie domu. Zielone oczy zaszły bielmem żalu i tęsknoty. Poruszył się lekko w fotelu, budząc się z zamyślenia – była kobietą niezwykle czułą i wrażliwą. Marzyła, bym został pianistą, dlatego też od trzeciego roku życia pobierałem lekcje u miejscowego organisty. Nie szło mi najlepiej – przyznał – ale starałem się jak mogłem, widziałem bowiem, jak bardzo jej na tym zależało. W wieku trzynastu lat udało mi się zdobyć stypendium w jednej z londyńskich szkół dla młodych szlachciców – odwrócił wzrok, i dopiero po chwili wznowił opowieść:
- Wybacz, nie wspominam najlepiej tego okresu najlepiej. Sama rozumiesz, dzieci są...
- Dziećmi...? – rzuciła cicho, w przypływie sympatii dla nieznajomego.

Uśmiechnął się z wdzięcznością.
- Tak... Dokuczali mi, ponieważ od nich odstawałem. Mojej rodziny nie było stać na wystawne życie, jakie prowadziły ich familie. Ani na wyszywane złotymi nićmi ubrania i drogie karety, ciągnięte przez rasowe ogiery. Pewnego dnia jednak ojciec jednego z... dla wygody nazwę ich kolegami, usłyszał, że gram i komponuję na pianino. Zaproponował mi pracę w jednym z jego hoteli dla bogatej szlachty. Nie powiem, było to dla mnie zrządzenie losu. Mogłem nareszcie odciążyć swych rodziców i sam zarobić na własne utrzymanie. Miałem już dwadzieścia trzy lata i studiowałem medycynę na londyńskim uniwersytecie. Pewnie ciągnęłoby się to jeszcze przez kilka długich lat, pewnego wieczoru pojawili się jednak... oni. – Powiedział, ściszając głos. Westchnął, jak gdyby wspomnienia tamtych chwil sprawiały mu ból, lub nie do końca je pamiętał.

Evangeline spojrzała na niego – choć nie wydawało jej się to możliwe, zbladł jeszcze bardziej. Jego skóra nie była teraz dużo ciemniejsza od ściany, co potęgowało jeszcze przyciemnione światło lamp.
- Chcesz... opowiadać dalej? – zapytała powoli. Współczuła mu. Teraz naprawdę było jej go szkoda.

Uśmiechnął się smutno i skinął głową.
- Wybacz, – mruknął na usprawiedliwienie swojego zachowania – ale choć tyle lat noszę tę historię w pamięci, wciąż nie mogę do niej przywyknąć. Szczególnie, że opowiadam ją komuś, kto...
– Kto nigdy tego nie doświadczył... - skończyła za niego dziewczyna.

Patrzył na nią z mieszaniną wdzięczności i zaskoczenia. W jego oczach widać było, że dawno nie spotkał się ze zrozumieniem. Nikt nie chciał słuchać. Wierzyć. Czuć.
- Tak. Na czym to ja...? – zastanowił się przez moment, po czym chyba sobie przypomniał, bo usadowił się wygodniej i rozpoczął:
- Zachowywali się inaczej, niż ktokolwiek, kogo spotkałem wcześniej. Przemykali niezauważeni po sali, flirtowali z gośćmi. Zdziwiła mnie ich obecność. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, a miałem wrażenie, że doskonale znają wszystkich znajdujących się na sali. Było ich czworo, a jednym z nich był ten, któremu zawdzięczam moją dzisiejszą postać. Nazywał się Alexander Faust. – Powiedział. Jego twarz nagle nabrała ostrzejszego wyrazu. – Widzisz. Nawet świat wampirów nie jest pozbawiony różnic, podziałów na lepszych i gorszych. Alexander od zawsze był tym lepszym, ponieważ jest wampirem Pierwszej Krwi. Widzisz – dodał, dostrzegając cień niezrozumienia na twarzy Evangeline – choć większość z nas zostało stworzonych przez inne, starsze osobniki, istnieją również rodziny wampirów, klany o historii sięgającej pradawnych czasów. Pierwsza Krew nadaje wiele przywilejów – wampir z urodzenia jest dużo silniejszy od tego stworzonego. Większość ma nadprzyrodzone moce niespotykane często u „niepełnokrwistych”, poza tym tylko wampirzyce z klanów mają możliwość wydawania na świat dzieci – pozostałe są bezpłodne. Mimo, że z czasem pojawiają się u nich oznaki starzenia się, poziom ich mocy wzrasta wraz z wiekiem, by w końcu przekroczyć wyobrażenia innych osobników. – Wyjaśnił.

Evangeline podkuliła nogi pod siebie, słuchając słów przybysza z coraz większą ciekawością. Wiedziała, że zdawał sobie sprawę z tego, jak szybko uwierzyła mu w istnienie jego rasy, choć była to jednak z najmniej prawdopodobnych historii, jakie udało jej się kiedykolwiek odkryć.
On tylko uśmiechnął się znowu, z nadzieją i wiarą w jej szczerość.
- O rodzinie Faustów wspomną ci pewnie jeszcze nie raz, miałem jednak opowiedzieć ci dziś inną historię. Alexander i jego klan wymagałby wielu godzin mozolnej przeprawy przez dzieje i hierarchię świata wampirów, a teraz nie mam ani czasu, ani ochoty, by o tym mówić.

Wracając do mojej skromnej osoby, pamiętam wyraźniej niż cokolwiek innego, jak bardzo zafascynowało mnie wtedy czworo nieznajomych przybyszów, odwiedzających „Aurorę”. Ich piękne, nieskazitelne twarze i duma, która od nich biła. Na owej sali oglądałem już hrabiów, lordów i książąt, nikt jednak nie wniósł do niej tyle blasku i przepychu. Krążyli po niej pojedynczo, od czasu do czasu uśmiechając się do siebie pełnym łakomstwa i pogardy grymasem. Pamiętam, że nagle jedyna kobieta w całej tej osobliwej czwórce znalazła się przy moim boku. Nie wiedziałem, jak i kiedy. Jakby się tam po prostu zmaterializowała. Pochyliła się nade mną i szepnęła, że teraz powinienem grać coś smutnego. Przepełnionego żalem i tęsknotą za tym, co już nie powróci. Kątem oka dostrzegłem, że Alexander skłania ku nam głowę i rusza w górę schodów z córką jednego z lordów Wysokiej Izby. Zdziwiłem się. Przecież wiedziałem, że młoda arystokratka nie opuszcza nigdy boku swej matki.
Nie miałem pojęcia, czemu przystałem na tę dość niespodziewaną prośbę. Zapewne stało się to za sprawą jej głosu...
- Twój głos. – Zauważyła nagle Evangeline. – Kiedy trzy dni temu zobaczyłam cię przy moim łóżku, tylko spokój i blask twojego głosu nie pozwolił mi wtedy nacisnąć spustu.
Widziała, że był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Pewnie będzie miał przynajmniej jedną rzecz mniej do wytłumaczenia.
- Tak, mój głos, podobnie jak każdego z nas, posiada tę umiejętność przyciągania i uspokajania naszych potencjalnych ofiar. I właśnie on zdziwił mnie wtedy najbardziej. Wielokrotnie byłem świadkiem zalotów szlachcianek, które przepełnionym miodem głosem lały pochlebstwa do uszu swych wybranków.
Kilka godzin później zaczął się koszmar. Salę rozdarł nagle jęk przerażonej matki owej dziewczyny. Chyba zorientowała się, że córki nie ma na przyjęciu. Tymczasem kobieta, później poznałem ją jako Ialith, znów w dziwny sposób znalazła się obok mnie, zastrzegając ostro, bym nie udzielał się w tej sprawie. Widocznie dostrzegła moje ciekawskie spojrzenie, tak nieuważnie rzucone w stronę wymykającej się pary. Kiedy sala opustoszała, zauważyłem ich znowu – zrobił krótką przerwę, sprawdzając, która godzina, a Ev, wiedziona nagłą gościnnością o mało co nie zaproponowała mu czegoś do picia. Sama kończyła trzecią kawę, ponieważ jutro o ósmej trzydzieści znów miała być w pracy. Od tragicznej dla Agencji nocy minęły trzy dni, nikt jednak nie miał zamiaru zwalniać tępa tylko dlatego, że utknęli w martwym punkcie.
- Wychodzili, ramię w ramię, i choć nie widziałem wcześniej twarzy Alexandra zbyt dokładnie, ujrzałem, że na jego policzki powrócił rumieniec. Nie wiem dlaczego, ale postanowiłem, że za nimi pójdę. Być może była to wina Ialith i jej oszałamiającej woni którą tej nocy otoczyła mnie dwukrotnie, przywołując mi na myśl wszystkie, najbardziej perwersyjne nawet wizje tego, co mógłbym zrobić z kobietą – jego twarz stężała nagle. – Nie był to najlepszy pomysł w moim życiu. Wydawało mi się, że mnie nie dostrzegli, a może po prostu wmówiłem to sobie, tak bardzo chciałem w to uwierzyć. Szedłem za nimi długo, aż dotarliśmy w najciemniejszą i najbardziej obskurną dzielnicę Londynu, jaką tylko mogłem sobie wyobrazić. Potem... – głos zadrżał mu niebezpiecznie, ale zaczerpnął powietrza i kontynuował:
- Potem nagle się zatrzymali. Alexander roześmiał się głośno, odwracając się do mnie. Wierząc, nie wiem, czy we własną siłę czy też w Boga, spojrzałem mu w oczy, szare stalówki odcinały się od ciemności w dziwny, magiczny prawie sposób. Trójka jego przyjaciół stanęła zaraz za nim. Głupi, zamiast uciekać, powiedziałem mu, że widziałem, jak wychodził z Anne z przyjęcia. Zażądałem, by powiedział mi, gdzie jest dziewczyna.
Zanieśli się wdzięcznym, melodyjnym śmiechem. Zdziwiłem się, że w tak pięknym odgłosie może mieścić się pogardy i arogancji. Zacisnąłem pięści, zastanawiając się, co robić.
Wiedziałem, że to najprawdopodobniej ostatnie chwile w moim niezbyt długim życiu. Teraz żałuję, że nie była to prawda.
Moje cierpienia miały się jednak dopiero rozpocząć. Może z litości, może z chęci nowego towarzystwa, Ialith stanęła przed Alexandrem i całując go lekko rzuciła parę słów w nieznanym mi języku. Odpowiedział ostro, odtrącając ją od siebie.
W okamgnieniu znalazł się przy mnie. Z pełnym ociągania wahaniem spojrzał na stojącą za nim kobietę, po czym wbił zęby w moją szyję...

Evangeline otworzyła oczy, dziwiąc się otaczającą ją ciszą. Thomas stał przed nią.
- Co się stało? – zapytała. Chciała, by opowiedział jej wszystko. By wiedziała, co przeżył. Pragnęła poznać tajemnicę jego losu, klanu Faustów i całego tego nieznanego jej dotąd świata. Zgłębić to, co dotąd nie zostało odkryte przez żadną śmiertelną istotę.
- Nic. Po prostu... dosyć na dziś. Muszę załatwić jeszcze parę spraw. – Powiedział z ociąganiem.
- Czekaj! - krzyknęła za nim, ale znikł, zanim zdążyła zareagować. Zła na siebie i swego przewodnika, spojrzała na zegar. Zostały jej trzy, może cztery godziny snu.

* * *

Śniła o niespokojnych, pełnych krwi i bólu czasach. O ulicach pełnych krzyczących, jęczących ludzi, biegających bez celu niczym w dniu ostatecznej apokalipsy. O rozdartych gardłach przyjaciół i całkiem obcych istot. W tle wysoki, chłopięcy głos śpiewał przerażającą pieśń w języku, którego nie znała. Budziła się co chwilę, by zaraz potem powrócić do świata swym mar.

* * *

- Ojcze, wiesz, że jeżeli wydasz rozkaz, każdy z nas dumnie stanie u twego boku, by nieść chwałę naszej rasie... – rzekł Alexander, materializując się nagle w pokoju starszego mężczyzny, który spojrzał na niego uważnie, wyrwany z zamyślenia. Mądre, zmęczone, pozbawione uczucia oczy zmierzyły dokładnie lekki, nonszalancki ukłon syna. Wstał powoli, pozwalając mu się wyprostować, po czym westchnął.
- Co tak właściwie leży ci na sercu, synu mój? – zapytał cicho.
Alexander popatrzył na niego z szacunkiem, za wszelką cenę starając się ukryć lekkie zniecierpliwienie, jakie ogarnęło go w chwili, kiedy od jednego ze swych towarzyszy dowiedział się o wahaniu ojca. Wiedział, że nie jest odpowiednią osobą, by udzielać rad przewodniczącemu Rady, nie mógł jednak oprzeć się pokusie wybadania podłoża jego niepokoju.
- Chciałbym, byś powiedział mi, co powstrzymuje cię przed wypowiedzeniem wojny rasie ludzkiej. Tak długo pozostawaliśmy w ukryciu... Tyle wieków minęło, odkąd Eressei zawarła pakt z człowiekiem! Nawet nie respektują jego postanowień! Powinniśmy...
- Zdradź mi lepiej, czego dowiedziałeś się o swym dawnym przyjacielu i jego nowej towarzyszce – przerwał mu sędziwy wampir. – Kim jest? Co wie?
Nic w jego głosie nie świadczyło o zainteresowaniu tą sprawą, dało się w nim wyczuć właściwą klanom podobnym do Faustów pogardę dla wszystkiego, co śmiertelne.
Alexander odchrząknął, zastanawiając się, od czego powinien zacząć.
- Jest młoda, ale bardzo jak na swój wiek dojrzała. Nadspodziewanie wrażliwa na wszelkie oznaki naszej... obecności. Bardzo łatwo udało mu się przekonać ją do istnienia wampirów. – Powiedział, marszcząc idealnie gładkie jak dotąd czoło.
- Czy uważasz, – zapytał Christian, powoli analizując słowa syna – że jest w stanie w jakikolwiek sposób przekreślić nasze plany? Czy uważasz, że może być Łącznikiem?
Zastanowił się, przesuwając palcami po brodzie, pokrytej szorstkim zarostem.
- Tak – odpowiedział po chwili. - Uważam, że jest to wielce prawdopodobne, ojcze.
- Pominąłeś jedno z moich pytań...
Alexander zmierzwił włosy. Powoli zaczynał rozumieć jego intencje. Nie, wcale nie było tak, jak podejrzewali niektórzy. Christian Faust nie lękał się otwartej konfrontacji z ludzkością. Zamiast tego dogłębnie analizował sytuację, w jakiej się znalazł.
- Przyznam szczerze, nie wiem. – Zdawał sobie sprawę z tego, że i tak nie opłaca mu się kłamać. W końcu to ojciec nauczył go, jak manipulować innymi istotami.
Christian spojrzał na niego swymi jasnymi, przenikliwymi oczami.
- Czy uważasz, że możliwe jest pozyskanie jej jako naszego sojusznika, synu? – widząc, że Alexander otwiera usta, by coś powiedzieć, uniósł rękę, powstrzymując go. – Zanim odpowiesz, zastanów się dobrze. Czy, mimo wszystkiego, co powie jej Thomas Blake, twój największy dotychczasowy błąd, będziesz potrafił przekonać ją do siebie i naprawić to, co zrobiłeś stwarzając go?
Cisza, która zapadła po słowach przewodniczącego Hvass Archann, zdawała się przeciągać w nieskończoność. Wyraźnie męczyło to młodszego z mężczyzn – na jego twarzy wykwitł wyraz niezdecydowania i jakiegoś rodzaju niepewności. Po chwili odwrócił się w kierunku drzwi.
- Nie wiem, ojcze – powiedział, wychodząc.

* * *

Evangeline wyszła z gmachu Agencji powolnym krokiem, wyrażającym zmęczenie i rezygnację, mimo, że jej mózg pracował na najwyższych obrotach. Opuszczając jej dom, Tom powiedział, że nie przyjdzie, nie porozmawia z innymi, nie postara się pomóc jej w przekonaniu ich do, jakby nie patrzeć, dość odważnej teorii na temat przyczyny morderstw. Tłumaczył, że ufa tylko jej, że nie potrafiłby przedstawić im wszystkich historii, jakie jeszcze pozostały mu do opowiedzenia. Problem w tym, że jeśli prawdopodobny wampir nie zaufa im, oni raczej nie wezmą pod uwagę tezy, którą zamierzała im wyłożyć.
Życie, pomyślała, zaciskając pięści.
Nie potrafiła nie wierzyć w słowa Toma. Ilekroć próbowała podejść do nich w bardziej racjonalny sposób, nie miała argumentów, by obalić tę tezę. Była zbyt rozbudowana. Za bardzo pasowała do działań tajemniczych oprawców. Nie umiała jednak zebrać w sobie tyle odwagi, by opowiedzieć o niej współpracownikom.
Nie. Nigdy nie przyznałaby się do tego, że przyczyną skrytości jest strach. Wolała wmawiać sobie, że to zwykła niepewność, być może lekki sceptycyzm, robiła wszystko, by zagłuszyć coraz głośniejsze wyrzuty sumienia.
Przekroczyła furtkę prowadzącą do jej zaniedbanego ogrodu. Odkąd rozpoczęła pracę w Agencji, nawet na pływanie i jogging nie starczało jej czasu, co dopiero na podlewanie kwiatów czy przycinanie drzew. Powoli ogród zamieniał się w jedyny fragment dzikiego świata w mieście.
Uśmiechnęła się lekko, widząc światło w swym salonie. Tom już był.

* * *

Gdyby ktoś życzył sobie, bym poinformowała go o części następnej, proszę o wpis do Księgi. Z góry dziękuję.
Skreślone ręką Bolleyn.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


10 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

leah-clearwater leah-clearwaterponiedziałek, 6.kwietnia.2009, 19:16
80.54.246.187

"Alexander Faust uśmiechnął się łakomie, obserwując wychodzącego z posesji przyjaciela."(...)
"- A skoro wybrałeś łącznika, mój drogi przyjacielu, niech rozpocznie się bitwa wszechczasów... Wojna to cudowna rzecz... Szczególnie, gdy rozpoczynasz ją jako przyszły zwycięzca, i jako zwycięzca przyjdzie ci ją zakończyć... – dodał, nie przestając się uśmiechać."

Już mi się podoba ten facet. Zawsze czuje pociąg do takich mrocznych, eleganckich osobowości. Masz cudowny szablon ( błysk zazdrości w oczach drogiej autorki Leah Clearwater jest nie do opisania) Dodaje do ulubionych i czekam na kolejną część która ukarze się niebawem jak mniemam.

anusia AnusiAmylog.plśroda, 8.kwietnia.2009, 20:39
86.46.42.238

Super blog! Powodzenia w dalszym pisaniu!
Prosze skontaktuj sie ze mna jesli jestes zainsteresowana w prowadzeniu wspolnego bloga o dodatkach lub ocenach! ;]

literackoskrzywieni literackoskrzywieniczwartek, 9.kwietnia.2009, 17:11
83.11.209.122

Nie wiesz, że atrament pozostawia na skórze ślad trwalszy niż krew? Słowa, nawet te niedbałe, rzucone na wiatr, ranią bardziej niż czyny. Pisząc, zakrzywiasz rzeczywistość, budujesz światy i je burzysz, jednym stuknięciem w klawiaturę. Skrzypnięciem pióra.

http://www.literackoskrzywieni.fora.pl/ - Siedziba ludzi kreatywnych!

anagraves Ana Gravesczwartek, 9.kwietnia.2009, 21:18
195.117.54.194

Świetne opowiadanie! Kocham opowieści o wampirach i z pewnością będę stałą czytelniczką twojego. Ev wydaje się być ciekawą postacią, a Alexander jest bardzo... intrygujący. Jakoś mi się nie wydaje, żeby osobą, która czekała na Ev w domu był Tom... Już nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału. Czy mogłabyś mnie o nim poinformować? Oczywiście dodaję Cię do linków i zapraszam do siebie.
Pozdrawiam

elenne elenmylog.plpiątek, 10.kwietnia.2009, 22:05
83.15.253.90

w sumie możesz się zgłosić gdzieś do oceny, na pewno cię ocenią :) ale skoro tak ładnie prosisz to postanowiłam przeczytać twoje wypociny. póki co tylko tą notkę, może się nie pogubie zaczynając od środka.

<b>Bezsiła jest straszna</b> - raczej bezsilność.
<b>(...) pachniała bardzo ciekawie. Nie miał nic (...)</b> - nie wiem czy to tylko moje złe doczytanie, ale wydaje mi się, że powinno być 'miała'.
<b>Ich piękne, nieskazitelne twarze i duma, która od nich była.</b> - a nie biła?
<b>Zdziwiłem się, że w tak pięknym odgłosie może mieścić się pogardy i arogancji.</b> - czegoś tu brakuje.
<b>O rozdartych gardłach przyjaciół i tych, których nawet nie znała. W tle wysoki, chłopięcy głos śpiewał przerażającą pieśń w języku, którego nie znała.</b> - powtórzenie.
<b>- Tak. – Odpowiedział po chwili. Uważam, że jest to wielce prawdopodobne, ojcze.</b> - 2 błędy: 1) po 'Tak' nie powinno być kropki, 2) przed 'Uważam' powinien być myślnik.

nie wiem czemu robisz przerwy zamiast pisać jednym ciągiem. zazwyczaj przy pisaniu wciska się dwa razy enter, jeżeli zaczyna się coś zupełnie innego, np. nowy dzień czy coś. nie wiem tylko czy zrozumiałaś o co mi chodzi :)

zabrakło kilku przecinków, ale naprawdę niewiele
przypomina mi to troche wampiry Ani Ryż, mam rację?
wybacz, że piszę może tak nieskładnie, ale opisuje wszystko, równocześnie czytając. pisałaś, że Evangeline wypiła 3 kawy, a później szybko i bezboleśnie zasnęła - nie dziwne? po co w takim razie piła aż tyle kaw?

ogólnie? nie jest źle, pomysł też wydaje mi się ciekawy. póki co nie zapowiada się na typowy romans, których obecnie jest na pęczki. tak trzymaj!

granica Bolleyn.mylog.plpiątek, 10.kwietnia.2009, 22:11
83.6.199.39

Dziękuję bardzo za szczerą krytykę. Obiecuję, że poprawię;p.

Bolleyn.

mroczne-diary Magdalenamylog.plsobota, 11.kwietnia.2009, 16:13
93.105.97.18

Nie będę ;). Dziękuję za komentarz. Twoje opowiadanie jest bardzo ciekawe i przyjemnie się je czyta. Będę informować cię o nowych notkach, ale ty też mnie informuj ;]. Dodaję do ulubionych.

Konto usuniętesobota, 11.kwietnia.2009, 17:07
80.53.167.214

Serdecznie dziękuję za opinię na temat mojego prologu. Zaciekawiła mnie postać Ev i oczywiście Alexandra. Świetnie piszesz. Naprawdę. Byłoby mi bardzo miło, gdybyś informowała mnie o nowych notkach :) Dodaję do znajomych i serdecznie pozdrawiam :)

miss-cullen miss-cullensobota, 11.kwietnia.2009, 18:24
77.112.212.25

Kobieto, ale żeś się rozpisała.
Hmy... jestem ciekawa, co będzie dalej.
A ta jego opowieść, to jak za nimi szedł...
Ught. Aż ciarki mnie przeszły.
No i przepraszam, że dopiero teraz, ale wcześniej nie miałam czasu.

A co do mojego bloga to masz rację, imię zapożyczone z Cienia Wiatru ;)
A na tej naszej ocenialni pustki panują.
Nie dobrze, nie dobrze...

Ale ja już nie smęcę.
Pozdrawiam i życzę Wesołych Świąt ;*
Panna Nikt

leah-clearwater leah-clearwaterniedziela, 12.kwietnia.2009, 10:50
80.54.246.187

Wedle życzenia informuje o nowym rozdziale.